Z cyklu: Nie zapomnisz mnie nawet po śmierci cz. 10

 

Pod tym linkiem są wszystkie rozdziały od początku: 


https://kasinebziki.blogspot.com/2025/07/nie-zapomnisz-mnie-linki-do-rozdziaow.html?m=1


Rozdział 10 


Gdy zaślepia nas złość 




Ból ostro przebijał się przez granicę snu i przenikał każdą żywą komórkę na wskroś. Trudno było określić czy był obecny jedynie we śnie czy odczuwał go również poza nim. Jezu, dlaczego wszystko tak niemiłosiernie bolało? Każdy pojedynczy mięsień tak koszmarnie go napieprzał, że gotów był zwariować. Czy to możliwe, że sam oberwał kulkę? Jeśli nie to skąd się wziął ten ból. Mark był ledwie żywy i z trudem kontaktował. Gdy się obudził kompletnie nic nie pamiętał. Będzie potrzebował, co najmniej kilkunastu minut, zanim wszystko mu się przypomni i poskłada w jedną logiczną całość. Nie do końca wiedział, gdzie się znajduje i dlaczego? Jak się tu znalazł do ciężkiej cholery? Czy to na pewno szpital? 

Śniły mu się okropne rzeczy, wręcz absurdalne, niezgodne z tym co się faktycznie wydarzyło. Tak ciężko było oddzielić fikcję od rzeczywistości. Po tym wszystkim, co przeżył poprzedniej nocy trudno było mu dojść do siebie i normalnie funkcjonować. W jego śnie lęk mieszał się ze złością. Widział osoby, które kiedyś znał, a które nie miały z aktualną sprawą nic wspólnego. Nie rozumiał co to oznaczało. Widział Beth, która bezgłośnie go wolała i wyciągała do niego ramiona w oczekiwaniu na pomoc. Wciąż słyszał potężny odgłos eksplozji i zastanawiał się czemu właściwie to słyszy. Huk, który rozległ się w tamtej chwili był tak okropny, że wszystko wokół się zatrzęsło, a siła tego trzęsienia okazała się niesamowita. Hałas ogłuszył go na bardzo długi czas. Teraz nadal go to prześladowało i nie miał pojęcia czemu. Jeszcze nie odzyskał pamięci. 

Lee Nam - nik ( aktor Park Hee soon) 



Z każdą chwilą docierało do niego coraz więcej informacji, zagubione elementy układanki powoli wracały na swoje miejsce. Najpierw oberwał Jamie, a zaraz potem wybuchł samochód jego siostrzeńca, a jeszcze później... Co do licha było później? Chyba zabrali ich wszystkich do szpitala. Na miejsce tego tragicznego  zdarzenia przyjechało mnóstwo policji, trzy wozy strażackie i karetki pogotowia. Prokurator zadawał cholernie trudne pytania, na które nie szło odpowiedzieć będąc w stanie kompletnego szoku. Policja też dorzuciła swoje, ale na też nie odpowiedzieli. Pamiętał, że mieli jechać do Cho i nie dojechali. Jamie prawie umarł w pieprzonej karetce z powodu nadmiernej utraty krwi, a Beth ciągle się nie znalazła. Co teraz będzie? Jeśli nadal była w rękach porywaczy to z pewnością nie jest z nią dobrze, a jeśli stało się to... O nie, nie powinien myśleć o najgorszym. Nie chciał o tym myśleć, a tym bardziej mówić o tym na głos. Nie potrafił ogarnąć tego rozumem. Świadomość, że zawiedli coraz bardziej go przerażała. Nie odnalazła się i to był ich najpoważniejszy problem. Na pewno nikt się nie martwił o Mazdę Kurosawy, która nadawała się już tylko na złom. Sam Kurosawa pewnie najmniej o to dbał. Jak zawsze bardziej bał się o żywych. 

- To ty, Kurosawa? - upewniał się obolały Walker. W dalszym ciągu fatalnie kontaktował. Już dawno nie czuł się taki rozwalony. - Boże... nie mam na nic siły, a do tego te plecy. Bolą jak... 

- A niby kto inny Walker? Kogo się spodziewałeś? - rzucił do kumpla uśmiechnięty Japończyk. Przed momentem wrócił do pokoju przyjaciela po dłuższej chwili nieobecności. Zrobił sobie mały spacer wokół  szpitala. - Miło, że wreszcie się obudziłeś, bo już zaczynałem się nudzić

- Ile spałem? - spytał cicho Mark przecierając oczy. Spojrzał na swoje zabandażowane ręce. Skrzywił się ponieważ wszystko go piekło i swędziało - zapewne te gojące się rany. Do nagiej piersi poprzypinane miał jakieś elektrody. Małe komputerki przy łóżku po prawej stronie rytmicznie pikały, na szczęście niezbyt głośno. Po co mu to do diabła? Przecież nie jest z nim aż tak źle. Nagle zaczął mocno kaszleć i długo nie mógł przestać. Kiedy kaszel wreszcie ustal znów się odezwał. - Ciebie też miło widzieć Kurosawa. Co z resztą? 

- Dziewięć godzin na bide - odparł półgłosem Kaze po czym oparł dłonie o boczną barierkę przy łóżku Walkera. - Ale mam dla ciebie dwie dobre wiadomości. Bardzo dobre wiadomości. 

-  W końcu jakieś dobre wiadomości, hurra. 

- Po pierwsze Jamie przeżył operacje, a po drugie nie musimy się już martwić o Beth. Pięć minut temu dzwoniła Shizuka i powiedziała, że córka Wilsona jest u nas w domu... Śpi jak dziecko. 

-  Coooo? Nie gadaj! - Mark gwałtownie porwał się do pozycji siedzącej mimo braku sił i dotkliwego bólu pleców. Tak go te wiadomości otrzeźwiły, że gotów był wyskoczyć z wyra gdyby nie barierka. Prawie wyrwał sobie wenflon, który tkwił w przedramieniu. - Jak to u was w domu? Skąd się tam wzięła? - Utkwił w Kaze świdrujące spojrzenie. - No powiedz, że coś konkretnego Kurosawa? Błagam cię. 

- Uważaj stary, bo znów ci się pogorszy. - Japończyk zrobił poważną minę, a następnie pokręcił głową. Zacisnął palce na zimnej barierce. - Uczeń dziadka znalazł ją w pobliskim parku i przyniósł ją do naszego domu ponieważ uznał, że u nas będzie najbezpieczniejsza. To ten Koreańczyk, który niedawno przyleciał z Pekinu. Mówiłem ci o nim przecież. 

- Zaraz, co? Uczeń twojego dziadka? Koreańczyk z Pekinu? Nie, nie kojarzę nikogo takiego. - Mark patrzył na kumpla jak na ufoludka i kręcił przecząco głową. - Nic mi o nim nie wspomniałeś Kurosawa, na tysiąc procent... Kim on dokładnie jest? Mam nadzieję że to nie jakiś płatny zabójca. 

- Nazywa się Han Jae - won i jest krewnym Lee Nam - nika... Tak, tego narwańca, który u nas kupował tamtego starego srebrnego Mercedesa miesiąc temu. Gość przysłał tego młodego do dziadka na naukę kenjutsu. I tyle. 

- I co? Myślicie, że można mu zaufać, bo przyszedł na naukę kenjutsu do twojego dziadka z polecenia? Ja bym uważał. 

- Dziadek mu ufa i wygląda na to, że Shizuka też. Wczoraj nawet zostawili młodego pod jego opieką i o dziwo Atsu głowy nie stracił w przeciwieństwie do swojej matki, która... - Mina Japończyka zdradzała wyraźne niezadowolenie. - Wiesz co, w jej przypadku to jest cholernie dziwne, bo ona nigdy tak nie traktuje obcych facetów. No co? Jakim sposobem zgłupiała na punkcie całkiem obcego kolesia? Zaczynam się o nią martwić. 

 - Dziwne jest to, że koleś tak po prostu znalazł ją w parku i przyniósł do waszego domu. Cholernie dziwne. Myślisz, że może mieć coś wspólnego z tym porwaniem? Jeśli tak... - Walker był sceptyczny, wcale go nie przekonywało to co usłyszał od Kaze. Mimo to podbudowała go wiadomość, że Beth jest już całkowicie bezpieczna w domu Kurosawy pod najlepszą opieką Shizuki. Wreszcie mógł odetchnąć z ulgą. To była nieopisana ulga. Uśmiechnął się tak szeroko jak tylko się dało. Miał rację przekonując Jamiego Wilsona, że te zwłoki w worku nie mogą należeć do Elizabeth. - Lepiej żeby nie. 

- Eeeeej co ty bredzisz? - Kazemaru zrobił kwaśną minę i kręcił przecząco głową. - Gdyby to  rzeczywiście on ją porwał to na bank by jej nie ratował tylko się dobrze ukrył. Bardziej uwierzę w to, że to właśnie on ją zabrał z kryjówki Denga, ale z jakiegoś powodu ten fakt zataił. Shizuka mówi, że Beth była nieprzytomna, gdy Han Jae won ją przyniósł, ale nie wyglądała na ciężko ranną... Musiała dostać zioła na uspokojenie, bo kiedy później odzyskała przytomność była mocno pobudzona. Rzucała się i krzyczała jak opętana. - Gdy pomyślał co te potwory od Denga mogły zrobić Beth i innym dziewczynom od razu dostal dreszczy. - Tam gdzie ją trzymali musiało stać się coś coś bardzo złego, a ona albo była tego świadkiem albo ofiarą... Czuję to. 

- Mogła się nabawić PTSD przez tych skurwieli. Nie będzie jej teraz łatwo wrócić do normalnego życia - mruczał zmartwiony Walker. 

- Już nic nie będzie takie jak dawniej, ale przynajmniej nikt jej nie zabił. - Japończyk przymknął oczy.

- Jak się dogadujesz z tym Hanem Sherlocku? Przecież nie znasz koreańskiego... No chyba, że on dobrze gada po angielsku.

- Ten facet nieźle zna japoński - wyjaśnił Kaze.

- Winnie wie, że Beth jest u was? - Mark zerknął w kierunku okna. Na zewnątrz było szaro buro i deszczowo.  Przerzucił spojrzenie na Kurosawe. Był śmiertelnie poważny i zarazem poruszony. 

- Dzwoniłem do niego, ale nie odbiera. - Kazemaru oderwał prawą dłoń od barierki i sięgnął nią do swojego czoła. Podrapał się a potem przeczesał palcami swoją ciemną bujną czuprynę. - A jego wuj wciąż jest nieprzytomny. Leży na oddziale pooperacyjnym. 

- Gdzie on się znów podziewa? - zaniepokoił się Mark. 

- Mówił, że jedzie do tej Ruth i że wróci tu za dwie godziny. - Kaze skrzyżował ramiona na piersi. - Mam mu dać znać gdyby coś się zmieniło w sprawie wuja i Beth. 

- Po cholerę tam pojechał? - Mark pomasował obolałe ramię. - Żeby mu tylko nie przyszło do głowy jechać samemu do Cho, bo... Aaaaaaaa, moje plecy.  Co z nimi jest? O matko jak to boli. - Zasyczał przeciągle. 

- Miałeś odłamki szkła pod skórą - wyjaśnił Japończyk. Rozglądnął się po pokoju a potem wyjrzał na korytarz jakby się kogoś spodziewał. - Nie dużo, ale jednak. 

- A ty? Nic poważnego ci się nie stało? 

- Nie, ja i Winnie wyszliśmy z tego praktycznie bez większego szwanku... Przykro mi. 

- Tylko ja jeden zostałem tak poszkodowany? Niemożliwe. Przecież byliście tuż obok. - Wkurzało go, że nie może się położyć na boku żeby już nie urażać pleców. Wszystko przez te pieprzone elektrody. Miał ochotę je odkleić i to jak najszybciej. - Chyba mam gorączkę. Zawołasz kogoś z personelu? 

- Tu gdzieś przy łóżku powinien być taki przycisk którym możesz przywołać personel w razie pogorszenia samopoczucia - powiedział Kaze, gdy znów znalazł się przy łóżku przyjaciela. Czekaj, już go szukam... O jest tutaj. Klik i już. 

- Jak dobrze, że Maggie jest teraz w Ottawie i mnie nie widzi. Ale bym dostał opierdol za tą całą akcję, o bogowie... Zabroniła mi się znów narażać, a ja stale jestem tam gdzie być nie powinienem. - Mark przyłożył dłoń do czoła, które parzyło jak rozpalony piec. Pieczenie oczu też było dość nieznośne. - Ona naprawdę mnie kocha stary. Tak się o mnie boi jak żadna inna. Nigdy wcześniej tego nie zaznałem. 

- Kurwa, człowieku... - Japończyk parsknął śmiechem na całego. - Ty się całe życie narażasz. Powinna się już do tego przyzwyczaić.  -  Nie mógł opanować ataku śmiechu. Starał się nie śmiać jakoś specjalnie głośno, żeby nikomu nie przeszkadzać. 

 - To też prawda - zgodził się z kumplem Walker i znów się uśmiechnął. 

- Jakby cię wczoraj widziała w tym klubie... Masz wielkie szczęście, że nie oberwałes tak jak Jamie. 

- Kaze... przykro mi z powodu twojego samochodu. Normalnie serce mi pęka kiedy myślę o tym co z niego została. 

- Daj spokój, nawet nie chce o tym myśleć. - Japończyk momentalnie spoważniał. - Lepiej dla mnie jeśli szybko i tym zapomnę. 

- Racja. Też bym wolał zapomnieć. 

Han Jae - won ( aktor Lee Jea wook)



- Co się stało? - spytała młoda ładna doktorka, która wpadła do pokoju Walkera jak błyskawica. Stanęła przy łóżku z drugiej strony na przeciwko Kaze i zaczęła sprawdzać czy elektrody się trzymają. - Chce pan jeszcze coś przeciwbólowego? Wiem, że te plecy mogą mocno dokuczać i pewnie trochę to potrwa zanim ból sam ustąpi, ale to naturalne. 

- Chyba mi gorączka skoczyła - odparł Mark i wbił spojrzenie w lekarkę, która się nad nim pochylała. To ona go opatrywała w ambulatorium w towarzystwie czterech starszych pielęgniarek. Ładna, sympatyczna i dość urocza kobitka. Dopiero teraz zdołał ciepło i niej pomyśleć. Przedtem chciał ją udusić za każdym razem, gdy go dotknęła. Każdy jej dotyk palił go żywym ogniem. Tamte zabiegi w ambulatorium były dosłownie jedną długą torturą. 

- Moment, zaraz sprawdzę. - Dłoń lekarki powędrowała do górnej kieszonki w niebieskim uniformie, z której wyjęła termometr elektroniczny. Pół krótkie włosy zafarbowane były na platynowy blond. Pasowały jej delikatne fale na włosach, były całkiem seksowne. Lekarka zerknela na wyświetlacz LCD. Nazywała się Katty Newmaker i od dwóch lat była chirurgiem ogólnym. - No jest, ma pan 38,9. Zaraz poproszę pielęgniarkę żeby podała panu paracetamol, on szybko zbije gorączkę. Proszę chwilę zaczekać. - Uśmiechnęła się. Skurczybyk był niezłym ciachem - zwłaszcza bez koszulki. Jego klata była jak milion dolców, buźka też. 

- Chwileczkę... mogłaby pani przy okazji zdjąć mi te elektrody z klatki piersiowej? - Mark obdarzył doktorke błagalnym spojrzeniem, które było jednocześnie uwodzicielskie. Kurna, nie powinien czarować tej nieznajomej swoimi spojrzeniami. Co mu znów odbiło? - Chciałbym trochę poleżeć na boku, a to dziadostwo strasznie mi przeszkadza... Proszę mi zrobić tę drobną przyjemność i zabrać to ustrojstwo. 

- To dopiero jutro jak doktor Clark pozwoli- rzuciła na odchodnym Katty. Było jej szkoda przystojniaka, ale cóż... Nie zamierzała się narażać na naganę ze strony tego starego zrzędy doktora Clarka. Zgredek nie lubił, gdy ktoś się sprzeciwiał jego zaleceniom. Jeśli chciał żeby to ciacho męczyło się z bólem całą noc to tak musiało być. Na szczęście kończyła zmianę i nie będzie musiała na to patrzeć. 


- Żartuje pani?! - zbulwersował się Walker. - Ja tu do jutra zwariuję... Heeeeej pani doktor, bo się wypiszę... Serio... Wyjdę stąd na własne życzenie i to jeszcze tej nocy. Może pani być tego pewna. 

- To będzie raczej trudne panie Walker - powiedziała i zniknęła za drzwiami. 

- Ja pierdolę  - zaklął pół głosem Mark i usiadł. - Tego się po niej nie spodziewałem. Nie dość że mnie przedtem torturowała w tym ambulatorium to jeszcze teraz coś takiego. 

- Nie ma opcji, żeby za szybko wypuściła stąd takie ciacho. Myśl, że nie będzie mogła dłużej oglądać tej klaty może się wydawać nie do zniesienia... Przepraszam, poprawka. Miałem na myśli macanie. - Kaze znów się zaczął śmiać. - Założę się, że nie mają tu zbyt wiele młodych seksownych facetów, których by można bezkarnie macać. 

- Zamknij się. - Walker udawał wkurzonego. - Może sam się tu połóż za mnie i dawaj się macać tym wszystkim babkom. Niech cię macają na każdym obchodzie. - Trzepnął Kazemaru w bok mocniej niż chciał. - Kurde, nie rób tej swojej miny. 

- Eeeeej Walker, weź nie narzekaj, ta doktorka jest całkiem niezła.  

- Nooooo tak to. - Mark pokiwał głową.

- Czekaj, czekaj, za to żeś mnie walnął opowiem wszystko Maggie. Zobaczysz... O tym jak lubisz być macany przez tutejsze bezwzględne doktorki. - Kusiło go żeby w odwecie poklepać Marka po tych plecach, które tak go bolały, ale obawiał się że ból wykończy tego delikatesa. 

- Tylko spróbuj ośle to nie ręczę za siebie. 

- Dorwij mnie, jeśli potrafisz ha ha. 

- Kurosawa... 

- Tabletki dla pana - oznajmiła szorstko groźnie wyglądająca pielęgniarka. Pojawiła się nagle zupełnie znikąd. Dzierżyła w dłoni metalową tackę, na której stała szklanka z wodą i dwie pigułki. Przysunęła ją prawie pod nos pacjenta. 

- Dziękuję -  powiedział Walker sięgając po pigułki i szklankę. Szybko je połknął i popil obficie wodą. Ukradkiem spojrzał na stojącą przy nim starszą kobietę i stwierdził, że woli towarzystwo tamtej doktorki. Ta patrzyła na niego groźnie z dezaprobatą. 

- Aha, widzę że majstrował pan przy tych elektrodach. -  Spojrzenie tej starszej pielęgniarki było straszne, wręcz zabójcze, a ton głosu lodowaty. Zaczęła poprawiać elektrody podczas gdy Walker nerwowo się wiercił. - Nie radzę panu znowu ich zdejmować. I niech pan leży spokojnie. Wije się pan jak ryba, którą dopiero co wyjęto z wody... No już, już, to nie gryzie.

- Ależ skąd, nic nie ruszałem - zaprzeczył z miejsca Walker, który doskonale grał niewiniątko. Zaczął się modlić żeby ta straszna kobieta jak najszybciej opuściła jego pokój i żeby się nie okazało że będzie miała nocny dyżur. Niewiele brakowało, a ta paskudna baba dałaby mu w łeb za te zakichane elektrody. Musi stąd uciec. Nic mu się nie stanie jak wcześniej stąd wyjdzie. Shizuka dużo lepiej się nim zajmie. Nikt tak jak on nie znosił szpitali. 

- Nie mogę kurwa, nie wytrzymam. - Japończyk parsknął śmiechem narażając się tym na bardzo srogie spojrzenie pielęgniarki - gdyby mogło zabijać już by leżał martwy na tej zimnej posadzce. Dobrze, że akurat mówił po japońsku i nie zrozumiała ani słowa. Inaczej rozpętała by się tu dzika awantura. 

- A panu co tak wesoło? - burczała oburzona pielęgniarka i ciskała błyskawicami z oczu w kierunku Kazemaru. Potem ostatni raz rzuciła okiem na niesfornego pacjenta wpatrzonego w sufit. 

- To jego wina. Nieustannie mnie rozśmiesza - odparł Kazemaru niesamowicie dzielnie udający śmiertelnie poważnego. Ukłonił się jej nisko po czym odwrócił się twarzą do drzwi. Z trudem hamował kolejny atak śmiechu. - Proszę wybaczyć. 

- Leży tu pan spokojnie i ani dycha jasne?! - ostrzegła Marka i żwawym krokiem wyszła z jego pokoju. Koniec koszmaru. 

- Słyszałeś ją? Masz nie oddychać? -  zagaił Japończyk, gdy tamta baba nareszcie zostawiła ich samych. - Nie oddychać. 

- Bardzo śmieszne - skwitował Mark i rzucił kumplowi szyderczy uśmiech. - Muszę stąd wiać, nie ma innej rady. Zwyczajnie nie wytrzymam tu do jutra. 

- Cóż... teraz faktycznie ratuje cię tylko ucieczka. 

Kazemaru ( Takeru Satoh) 




- Kto tu planuje jakąś ucieczkę ze szpitala? - To była Lucy Lu, która niezauważalne weszła do środka i zaskoczyła chłopaków. Otoczyła Kaze ramieniem i wyciągnęła dłoń w stronę leżącego Marka. Pogłaskała go czule po zarośniętym policzku. Pomyślała, że w końcu przydałoby mu się golenie. - Dzięki Bogu nic strasznego wam się nie stało. Jamie jest w nieco gorszym stanie. Nadal nie odzyskał przytomności, a mówią że operacja się udała. Kurka mać. 

- Zabierz mnie stąd Lucy - prosił Walker ściskając dłoń zastępczej matki. - Błagam cię. Muszę jak najprędzej opuścić ten ponury przybytek. Shizuka dobrze się mną zajmie. 

- Shizuka zajmuje się teraz Beth słoneczko. - Lucy zmierzwila Japończykowi czuprynę. 

- To nic, poradzę sobie. Mam tylko lekką gorączkę i obolałe plecy... Przeżyje to zobaczysz. 

- Lekką... Prawie 39 stopni, a ten mówi, że to lekka gorączka. - Kazemaru podparł boki i kiwał głową. 

- Kurosawa, ty przeklęty Judaszu - warknął wkurzony Mark. - Zabije cię kiedyś. 

- Nie wspominałem przypadkiem, że jestem diabłem wcielonym? - Japończyk mrugnął do kumpla okiem. - Zdaje się, że tak.

- Wolałabym żebyś nie ryzykował Mark. Możesz nagle dostać jakiegoś cholernego zakażenia, a tego lepiej uniknąć ponieważ często źle się kończy... Zostań tu jeszcze chwilę, proszę cię. 

- Nic mi nie będzie. - Spojrzenie Walkera było ciepłe i pełne miłości. - Muszę wrócić do domu przed Maggie. 

- Nie bądź taki jak twój brat. - Lucy patrzyła na mężczyznę z wielką troską. Wiedziała, że lubił stawiać na swoim. Momentami był jak Luke i to ją martwiło. Mógł być bardziej podobny do Kazemaru, ten był roztropniejszy. - On zawsze wszystko lepiej wiedział i co ? Jak to się skończyło? 

- Słuchaj Lucy, mam prośbę... nie wspominaj Maggie o tym co się wydarzyło. Ona bardzo by się zdenerwowała, a ja nie chcę się z nią już kłócić. Nie chcę żeby znowu odeszła... Nie zniosę kolejnego rozstania. 

- Jasne że nie powiem... Sam jej wszystko opowiesz. Jeśli naprawdę cię kocha to zrozumie i zostanie. Prawdziwa miłość przetrwa najcięższą próbę. - Zdjęła kapelusik i przeczesała swoje palcami krótkie ciemne włosy. 

- Nie lubisz jej, prawda? - Mówiąc to Mark wbił w Lucy uważne spojrzenie. Był ciekawy co mu odpowie. Lubiła Beth, zdecydowanie od samego początku mimo, że praktycznie w ogóle jej nie znała. Coś w tym jest? Musiał przyznać, że na niego też zadziałał urok Beth odkąd pierwszy raz przyszedł do Casablanki. Zdaję się że oboje czuli podobnie. 

- Kto tak powiedział Mark? - zdziwiła się Lucy. - Nie przypominam sobie żebym mówiła, że za nią nie przepadam. Podobna mi się, że jest wobec ciebie taka stanowcza i nie pozwoli sobie na manipulacje. 

- Takie odniosłem wrażenie. - Walker czuł się lekko zdezorientowany. Nie bardzo wiedział co powiedzieć. - Wychodzi na to, że błędne. 

- Poza tym jakie to ma znaczenie czy ją lubię czy nie?  Jesteś dorosły i sam decydujesz co jest dla ciebie najlepsze. Jeśli chcesz z nią być to bądź, ja to akceptuje i nie zamierzam jej odstraszać. Nigdy bym tak nie zrobiła. Kocham cię i szanuję twoje wybory, nawet jeśli nie wychodzą ci na dobre. To twoje życie kochany. 

- Czasem nienawidzę się za to, że nie mogę odwzajemnic uczuć Maggie. Fatalnie się z tym czuję... Ona jest taka cierpliwa, tak dzielnie to znosiła. - Momentalnie posmutniał, zniżył głos i spuścił głowę. - Nie powinniśmy byli się spotkać. 

- Wiem, że jest ci ciężko Mark. Doskonale Cię rozumiem. To naprawdę trudna sprawa. - Lu położyła ciepłą dłoń na ramieniu Walkera. Dobrze wiedziała o czym on mówi. Kiedyś była w podobnej sytuacji i pewien facet bardzo cierpiał z jej powodu. Może powinien zakończyć tę relację na zawsze, jeśli wie, że nie zdoła więcej zaoferować tej Maggie i dłużej się nie męczyć. 

- Nie zasługuję na to żeby Maggie się dla mnie poświęcała. Powinna mieć faceta, który odwzajemni jej uczucia... Czuję się winny za każdym razem kiedy okazuje mi więcej troski, nie potrafię jednak zrezygnować z towarzystwa, które mi oferuje... Nie umiem. - Zacisnął pięści, a głos mimowolnie mu drżał... nie mógł nad tym zapanować. 

- Ale to jej wybór Walker. Gdyby jej to przeszkadzało to by do ciebie nie wracała - przekonywał przyjaciela Kazemaru. - Chyba lubi się z tobą męczyć, choć dla mnie to jest takie trochę... masochistyczne. 

- Bo myśli, że jestem w niej zakochany Kurosawa, a ja... - Wkurzony Mark mówił podniesionym głosem. - Dałem dupy i tyle. 

- Powiedziałeś jej, że jesteś zakochany, a nie jesteś? - zapytała oszołomiona Lu. Mocno ją zaskoczyło to co od niego usłyszała. Jak mógł pozwolić żeby Maggie się łudziła, że może między nimi być coś więcej niż tylko...? Nie, nie pochwalała tego. Nie chciała żeby oszukiwał swoją partnerkę.... Żadnej kobiety nie powinien okłamywać. Była zła. Jej ton który zwykle był ciepły nagle stał się surowy i zimny.  - Mark... powinieneś być szczery, jeśli chodzi o wyrażanie uczuć. Szczerość jest ważniejsza niż wszystko. Nie zapominaj o tym. 

- Tak wiem Lucy, spierdoliłem sprawę. - Walker wytrzymał gniewne spojrzenie Lu i nie spuścił wzroku. Chciał żeby widziała, że faktycznie żałuje. Bo żałował. - Maggie wyznała mi miłość, a ja powiedziałem, że też ją kocham bo... To był impuls, gwałtowny przypływ emocji. Miałem się pilnować, ale wygodniej mi było poddać się temu co wtedy czułem... Wiem, że jesteś na mnie zła i masz do tego pełne prawo.

- Ja też mocno nawaliłem z Midori. Jej brat chyba mnie zabije jak się pojawię w Kioto, a w najgorszym przypadku przyjedzie do mnie osobiście. Wypatroszy mnie jak te biedne kurczaki swojego ojca. 

- A jej braciszek to nie jest czasem ten groźny prokurator? - spytał Walker. Zachowywał się żyć tym jak urodzony konspiator. - Jak mu tam było, Haruki Murata tak?

- Tak, ten prokurator - potwierdził Japończyk stanowczym tonem. Widać było że się w nim gotuje na całego. - Ten wredny nadęty sukinkot, któremu ciągle się wydaje, że bycie prokuratorem daje mu nieograniczoną władzę. Jeśli chce to może sobie dalej toczyć te chore wojenki z moim bratem, ja im wcale nie zamierzam w tym przeszkadzać, ale ode mnie won...  Pieprzony Murata. 

- Myślałem, że jest raczej cięty na Hiro. 

- On ma alergię na całą naszą rodzinę. Ten gościu żywcem nas nie trawi, kapujesz? Nie może przeżyć, że Hiro mu się wywinął, więc drań szuka haka na mnie. Myśli, że jak mnie wymagluje mu wskaże drogę do Hiroshiego. Takiego.

- Daj sobie wreszcie spokój z tą zaborczą histeryczką to facet da ci spokój - poradził przyjacielowi Walker. - Według mnie powinien się skupić się wyłącznie na polowaniu na Hiroshiego. 

- Też tak myślę? 

- Co znów z tą twoją Midori? - Lucy Lu wpatrywała się w zakłopotanego Japończyka z niedowierzaniem. - Dalej to ciągniesz? Nie gadaj. Przecież ci mówiłam, że ten związek nie ma żadnej przyszłości, jeśli ona nie dojrzeje. Boże Kazemaru odpuść sobie  wreszcie tą kobietę. Ile razy mam ci tłumaczyć, że zadawanie się z nią rujnuje ci życie. 

- Pewnie nagadała braciszkowi jakichś głupot, a on od razu jej uwierzył i chce cię ukarać. 

- Zadufany kutas - burknął naburmuszony Kurosawa. - Niech go szlag jasny trafi. 

- Oj chłopaki, chłopaki, obaj jesteście koszmarnie niepoprawni w kwestii związków. Ogarnijcie się. 

- Trudno się z tobą nie zgodzić. - Mark uroczo się uśmiechnął. 

- A gdzie się podziewa Winnie? - Kobieta wyjęła z torebki butelkę gazowanej mineralnej, a następnie odkręciła i upiła trochę, a następnie podała Markowi. - Masz, pij. Przy gorączce musisz więcej pić. 

- Pojechał do tej barmanki Ruth. Pewnie chciał ją wypytać o pieprzonego Cho. - Walker wziął od Lucy butelkę i łapczywie pociągnął kilka dużych łyków.

- Czyli jeszcze nie wie, że Beth się znalazła? - zgadywała patrząc na Marka i Kaze. 

- Nie wie, bo nie odbierał ode mnie telefonu Lucy. Jamie też nie wie.  - Kazemaru zaczął spacerować po pokoju. - Nie wiem co z nim jest. 

- Wszystko pięknie, cudownie, ale właśnie mi się przypomniało, że ogromnie brakuje mi nikotyny. Nie mogę tu zostać bez fajek, a przez to cholerstwo nie mogę nawet wstawać z łóżka. Jakiś stary pryk się uparł, żeby mnie monitorować do jutra... Zabiję się. - Walker uderzył otwartą dłonią w metalową poręcz przy łóżku. - Aaaaaaaa, nie mogę. 

- O nieeeeee - jęknął zrezygnowany Japończyk. - Niech cholera weźmie to twoje jaranie.

- Picie kawy to też szkodliwy nałóg mądralo - przypomniał kumplowi Walker. 

- Któż tak twierdzi? - oburzył się Kazemaru. 

- Twoja starsza siostra - odparł Walker. 

- Komórka komuś dzwoni - zauważyła Lucy. 

- Wiem, to moja służbowa. - Japończyk sięgnął do kieszeni po telefon. Od razu odebrał, choć numer był nieznany i nie wyświetlał się. - Halo, Kurosawa & Walker Car Service, z kim rozmawiam? Halo... No słucham o co chodzi? ... Do licha, co to za jaja? Nie mam czasu na durne zabawy. 

- Co to ma być, głuchy telefon? - zdenerwowała się Lucy Lu wpatrzona w Kurosawe. Facet prawie biegał po pokoju z komórką przy uchu. Gdy był zdenerwowany zachowywał się jak dziki kot zamknięty w klatce. 

- Hej, ty tam po drugiej stronie, odezwij się albo zaraz kończymy tę pogawędkę, słyszysz? - Azjata miał ochotę walnąć komórką i ścianę. Tak go świeżbiły ręce. Mocno zaciskał zęby. 

- Rozłącz się Kurosowa, to pewnie jakiś gówniarz robi sobie jaja - polecił mu Walker. - W zeszłym tygodniu odebrałem trzy takie telefony. Pieprzone żartownisie. 

- Zrobione - powiedział Japończyk i schował komórkę do kieszeni w spodniach. - Meida mówi, że do nich też tak dzwonią. Ostatnio przyjął ponad dwadzieścia fałszywych wezwań. Szlag może człowieka trafić. Poważnie. 

- No masz. Ciekawe co to za upierdliwiec tym razem. - Mówiąc to poprawiała Walkerowi kołdrę, a ten nadal się wiercił. 

- Założę się, że to ten sam numer Lucy. Jak go w końcu namierze to ktoś gorzko pożałuje tych numerów. Nie mam zwyczaju się z nikim pierdolić bez sensu.

- Wooooow Kurosawa, jakiś ty groźny - zadrwił rozbawiony Walker. - Byłbyś niezłym śledczym. 

- Nie mędrkuj mi tu Walker! - Kaze wycelował w Marka wskazujący palec, a ten zaczął się śmiać. 

- Skąd wiesz, że to ten sam? Sprawdź to lepiej zanim dobry interes przemknie wam koło nosa - poradziła Japończykowi Lucy Lu. 

- Dam sobie łeb obciąć, że to ten sam numer - upierał się Kaze, ale i tak sięgnął drugi raz po komórkę do kieszeni. - Dobra, odbiorę zanim was zeżre ciekawość. 

- Was? O czym on znowu chrzani? - Walker zmarszczył brwi i podrapał się po głowie. 

- Halo, Kurosawa przy telefonie. Kto dzwoni?! Odpowiadaj szybko bo... Myślisz, że wygrałem czas na loterii kurwa mać? 

- Uwielbiam tego gościa - rzucił przez śmiech Walker. - Kiedy jest wściekły robi się jeszcze bardziej zabawny... Totalne wejście smoka. 

- Faktycznie... cholernie zabawny - prychnela kobieta. 

- Cooooo?! To ty gnoju?! No nie wierzę, że miałeś czelność do mnie zadzwonić po tym wszystkim... Co cię tak bawi gnido?... To nie jest ani trochę śmieszne... Coooooo? No nie, to... - Kaze uciął, bo to co usłyszał od swojego rozmówcy kompletnie go oszołomiło. Jak można było być takim popierdolonym? Niewiarygodne, że ktoś taki jak Cho chodził po tej planecie. - Ty... ty pieprzony psychopato! Wiesz co ty odpierdoliłeś? Nie dzwoń do nas więcej i trzymaj się z daleka od Elizabeth Jones albo cię w końcu poćwiartuje najostrzejszą kataną mojego dziadka... Nie, nie żartuje. Radzę ci to potraktować poważnie... Że jaaaaaak? No przestań. Co ma do tego mój zakichany brat? Nie mieszaj go do tego... Co mnie obchodzą wasze sprawy Cho? Mam to centralnie w dupie i to najgłębiej jak się da...  Oooo tak, pewnie... Co ty... pierdolisz koleś? Daj se siana. 

- Daj mi ten telefon Kurosowa! - nakazał mu rozzłoszczony Walker. Widział, że Kurosawa cały się trzęsie z emocji.  Gdyby gadał z tym gnojem twarzą w twarz to jeszcze by go wywalił przez to okno. - Już ja nagadam temu... skurwielowi. 

- Walker ma ci coś do powiedzenia! - krzyknął do głośnika Kurosawa i oddał swoją komórkę kumplowi. 

- Posłuchaj pizdo, nie daruję ci tego co zrobiłeś Wilsonowi i Beth, rozumiesz?!  To już przeszło wszelkie... Nie przerywaj mi kiedy mówię ty tępy zasrancu... Myślisz, że nas wystraszysz? Nic z tego kurwa... Coooooo? Tak, wyobraź sobie, że to my wypuściliśmy te dziewczyny. Ja i Jamie Wilson. Nie mieliście prawa ich tam trzymać ani tym bardziej sprzedawać do burdeli... Dobra, słuchaj ty złamasie, jeśli jeszcze raz tkniesz Beth albo jakąkolwiek inną kobietę to puszczę tę twoją nędzną budę z dymem. Potraktuj to co mówię na serio, bo zrobię to bez mrugnięcia okiem.... Co takiego? Czym ty mnie straszysz nędzny skurwielu? - Mark nerwowo się zaśmiał. Sam miał ochotę rzucać w ścianę czym popadnie, gdy słuchał gadek Cho. - Bez jaj. Mamy sposoby na takich jak ty... Nie wchodź mi więcej w drogę Cho, bo cię zabiję. Zabiję... No akurat, akurat. Długo jeszcze muszę słuchać tych twoich żałosnych śpiewek... Spierdalaj debilu! - Rozłączył się i oddał telefon Kurosawie. - I tak mu spalę ten klub.  

- Co ten ci gnojek powiedział, że jesteś taki roztrzęsiony? - spytała zaniepokojona Lucy. Sama była kłębkiem nerwów. Doskonale wiedziała kim jest młody Cho. Jego ojciec był jeszcze gorszym skurwysynem i miała z nim same najgorsze doświadczenia.  Niedaleko pada jabłko od jabłoni. - Mark... 

- Sukinsyn zapytał jak nam się podobały nocne fajerwerki - powiedział Kazemaru o parapet. Tępo wpatrywał się w szarówkę za oknem. Niedługo miało się ściemnić - I że następnym celem będzie Walker.

- Przekonamy się - burknął wściekły Mark. 

- O nie, tak być nie może - zaczęła wkurzona Lucy. - Jutro biorę mojego znajomego i idziemy na polowanie. Jeśli dorwiemy tego Cho to... zaręczam, że sukinsyn marnie skończy... A wy się macie do tego nie wtrącać. Sami go załatwimy.  

- Przestań Lucy, nie możesz tak po prostu pozbawić mnie przyjemności dowalenia temu zasrancowi. Ja muszę to... 

- Powiedziałam, że macie się nie wtrącać Mark. Cheng - yu zrobi to profesjonalnie, a wy dwaj tylko się nieotrzebnie narazicie tej bandzie Cho. Nie chcę słyszeć, że braliście udział w kolejnej durnej jatce.

- Lucy proszę cię, nie rób mi tego.  Ja  muszę się w końcu z nim rozprawić. Nie może mi wiecznie grać na nosie skończony kutas. Nie i już!

- Cholera Mark nie dyskutuj ze mną więcej! - powiedziała stanowczo Lu. Nie znosiła, gdy Walker się stawiał. Wiedziała, że prędzej Kazemaru jej posłucha niż ten hardy Kanadyjczyk.  - Jeśli mówię, że masz się od tego trzymać z daleka to masz mnie posłuchać i koniec. Powiedział, że będziesz ich następnym celem i na bank zrobi wszystko żebyś oberwał. To nie są kurwa żarty! 

- Ja zwariuję... oszaleję - mruczał pod nosem Walker. - Nie sądziłem, że nagle zaczniesz mieć z tym jakiś problem. Zawsze graliśmy ostro będąc w jednej drużynie i nigdy wcześniej ci to nie przeszkadzało, a teraz co? Nagle wolisz działać z kimś innym? - Gwałtownie gestykulował. - Nie rozumiem tego Lucy... Kurwa mać.

- Spójrz na Jamiego, prawie zginął z powodu Cho. Wy też mogliście. Niewiele wystarczyło żeby uruchomił swoją machinę. Co jeszcze chcesz osiągnąć tym swoim durnym uporem?... Mark kocham was najbardziej na świecie i nie zniosę jeśli zginiecie. Nie zapominaj, że mam tylko was dwóch. Ostatnią rzeczą jaką mogę zrobić to pozwolić wam na takie wariactwo. 

- Lucy doceniam to, ale wiesz jaki jestem. Gdy coś mi nie daje spokoju... - Walker próbował stłumić złość, która cały czas w nim narastała. Na myśl o Cho krew go zalewała go dokumentnie. Nic dziwnego, że Kazemaru się gotował. 

- Właśnie wiem i to mnie martwi. Powinnam cię wreszcie utemperować Walker. Nie zamierzam ci potem urządzać pogrzebu... Może zapytaj Maggie co na ten temat myśli. 

- Wykluczone - zaśmiał się Walker. 

- Jestem zła na Jamiego, że was w to wciągnął. Pogadam sobie z nim jak tylko dojdzie do siebie. Tak nie może być. 

- Nie mogliśmy go tak z tym zostawić - tłumaczył Mark. Błyszczały mu oczy. - Zrozum Lucy. Kto inny miał mu pomóc? 

- I tak wam się nie udało jej znaleźć - gderała wkurzona Lucy. Miała ochotę urwać chłopakom głowy. - Za to ty i Jamie wyladowaliscie w szpitalu. Po prostu cudownie. Wspaniała skuteczność. Trzeba było poprosić o pomoc gliny. 

- Jamie nie chciał o tym słyszeć i w sumie go rozumiem - wymądrzał się Walker. 

- Ale to ich działka do cholery! - Lu czuła, że się gotuje. - Czasem trzeba zaufać i zostawić im tę robotę 

- My sami od dawna mamy tarcia z Cho - przyznał Kazemaru przerywając dłuższe milczenie. - A poza tym dopiero niedawno się dowiedzieliśmy, że Jamie także ma z tym ciulem jakieś porachunki. Ostatnio wywalił go z Casablanki. 

- Tak, pamiętam - oświadczyła nie przestając lustrować Walkera wzrokiem. - Skąd znacie tego palanta, Kaze?

- Z wyścigów samochodowych - odparł Mark patrząc Lucy prosto w oczy. - Myślałem, że ci o tym wspominaliśmy. 

- Dodaj jeszcze, że tych nielegalnych Walker - zaznaczył Azjata. 

- Kazemaru - burknela oburzona kobieta. - Nie powiesz mi chyba, że twój dziadek o tym wie? 

- Nie wie. - Kurosawa zamrugał oczami i wsadził dłonie do kieszeni. - I wolałbym, żeby się nie dowiedział, bo będzie przesrane. 

- Powiedziałbym brzydziej, ale... - Mark rzucił kumplowi zagadkowe spojrzenie, a następnie wzruszył ramionami. - Obejdzie się. 

- Nie mam do was siły - jękneła Lu i przyłożyła dłoń do czoła. Miała już dość wrażeń. To co najgorsze zwaliło się na nią na raz w jeden dzień. Jeszcze ten Winnie... Co on znów wymyśla? Jeśli zaraz nie wróci to znajdzie go i osobiście urwie mu łeb. Dobrali się wszyscy czterej jak w korcu maku. - Chyba wrócę do hotelu i się położę. Moja głowa.

- Co ci jest? Migrena? - spytał Mark widząc, że Lucy znów walczy z uporczywym bólem głowy. 

- Nie zmuszaj mnie Walker żebym powiedziała ci coś bardzo niemiłego. A wierz mi, potrafię być niemiła nawet dla kogoś takiego jak ty albo ten tam. - Pokazała palcem na Kaze cudownie grającego niewiniątko. 

- Już dobrze kochana, wyluzuj trochę. - Kanadyjczyk doskonale wiedział, że żadne jego słodkie minki tu nie pomogą. Jeśli Lucy Lu wkurzy się na kogoś na maksa, to ten ktoś ma dosłownie przewalone. Nawet Luke to wiedział. Była kochająca jak matka, nie zawsze głaskała ich po główkach. To się tyczyło także Kaze. 

- Na chwilę obecną trzymaj się z dala od wszystkich zasranych kłopotów, jasne? Masz tu leżeć dopóki cię stąd nie wyciągnę. 

- Zostaw mi chociaż jakieś fajki i załatw z personelem, żeby mi pozwolili wstawać z łóżka... Muszę wreszcie zajarać albo zdechnę. 

- Czy ty aby nie za dużo ode mnie wymagasz? - Lucy przewróciła oczami i spojrzała na Walkera z politowaniem. Kaze parsknął. - Nie mogę z tobą gnojku. 

- No błagam cię. - Walker posłał jej rozczulające spojrzenie. Miał nadzieję, że to zadziała. 

- Dobra, czekaj. - Lucy zaczęła grzebać w torbie w poszukiwaniu papierosów i zapalniczki. 

- Ja też chyba pójdę do domu. Może uda mi się czegoś dowiedzieć od tego całego Han Jae - wona. A potem się prześpię, nie zmrużyłem oka od wczoraj. - Kazemaru przeciągnął się i przetarł zmęczone oczy. 

- Jeszcze jedno Lucy... masz przy sobie jakieś mocne prochy na ból? - spytał Mark i zrobił minę ubolewającego pacjenta. - Te moje plecy tak bolą że aż mnie chce trafić. 

- Prochy to niech ci dadzą ci z personelu. Mają ich tutaj od groma. - Wręczyła Markowi świeżą paczkę fajek i zapalniczkę. - Proszę. 

- Ale te twoje prochy są dużo lepsze. - Mark schował swoje zdobycze pod poduszkę, a potem znów spojrzał na Lu wciąż zagniewana. Już dawno nie była na niego taka wkurzona. To na Luke' a najczęściej wrzeszczała. Jak się zaczęli kłócić to nie mogli przestać. Stale musiał wkraczać do akcji i stawać na głowie żeby się pogodzili. - Eeeej kochana, nie wkurzaj się już na mnie. Wystarczy.

- Nie musiałabym się wkurzać, gdybyś mnie choć trochę słuchał. - Kręciła głową z dezaprobatą. - Ale z ciebie ziółko kurna. 

- Dziękuję, że przyleciałaś tak szybko. Twoja obecność zawsze działa na wszystkich kojąco. 

- A teraz się podlizujesz Walker. - Długo gromiła go chmurnym spojrzeniem, a chwilę później pochyliła się i cmoknęła go w czoło. - Kocham cię  chłopaku. Bardzo cię kocham. - Odeszła od łóżka i popędziła w stronę drzwi. - Do zobaczenia jutro. 

- Heeeeej, a ja?! Mnie też kochasz tak jak jego?  - upomniał się oburzony Kazemaru i rzucił Walkerowi szydercze spojrzenie, a następnie poleciał za Lucy Lu. Nie od razu chciał im dać do zrozumienia, że jedynie żartuje. - Lucy... 

- A ty co? Na łeb upadłeś? - rzucił za kumplem zdumiony Walker. - Od kiedy ty jesteś o mnie zazdrosny?... Coś takiego. 

- O ty sakramencki.... zazdrośniku... - Zaskoczona Lucy odwróciła się i wbiła wzrok w Kaze. Zamrugała i najpoważniej jak się dało powiedziała. - Oczywiście, że cię kocham osiołku... Nie wiem co ty sobie myślałeś?

- Kurosawa, poczekaj chwilę! 

- Co znowu Walker? - Kaze zatrzymał się przy drzwiach. 

- Widziałeś gdzieś mój telefon? 

- Być może jest w twojej kurtce, sprawdzę. - Odwrócił się do niego plecami i podszedł do wysokiej metalowej szafy. Zajrzał do środka. - Ciuchy są to i komórka powinna być. Moment. - Wsadził dłonie do obu kieszeni w czarnej skórzanej kurtce. - Dobra jest komórka.

- Dobra, stary, daj mi ją tutaj. Muszę potem zadzwonić do Maggie więc dobrze żeby była pod ręką. Dzięki za fatygę. 

- Proszę bardzo. - Azjata położył komórkę kumpla na blacie szafki a potem poklepał go po ramieniu na pożegnanie. - Trzymaj się. 

- Hej Kurosawa... co Cho powiedział o twoim bracie ?

- To nie jest rozmowa na teraz Walker... Na razie. 

- No dobra, zostawmy to na później - zdecydował Walker i patrzył na Kaze, który już jedną nogą był poza jego pokojem.

- Do jutra - powiedział Kaze i zniknął. 

 




Po wieczornym obchodzie dali mu coś na ból i to sprawiło, że kilka godzin spał tak spokojnie jak malutkie dziecko najedzone do syta. Tym razem nie było złowrogich snów, które by go gwałtownie wyrwały z długiego błogiego odpoczynku. Spał tak głęboko, że nie usłyszał nawet dzwoniącej komórki, która leżała na blacie szafki. Szkoda, że wcześniej nie dali mu tych samych prochów. Obudził się dopiero, gdzieś koło drugiej nad ranem cały spocony i miał dreszcze. Niektóre elektrody były odpinane, co mogło wskazywać na to, że rzucał się we śnie choć nie pamiętał, aby cokolwiek mu się śniło. Ból pleców powrócił, ale nie był już tak silny jak przedtem. Dało się wytrzymać. Teraz musi spróbować wstać, ubrać się i udać się gdzieś gdzie będzie mógł bezkarnie zajarać. Ale najpierw sprawdzi komórkę. Przed wizytą lekarzy dzwonił do Maggie, ale nie odbierała. Najwidoczniej nie mogła. Może oddzwoniła kiedy spał albo zostawiła jakieś smsy. Sięgnął po telefon, a następnie rozbudził ekran, który od razu się zaświecił na niebiesko. Wpisał kod pin i szybko wszedł w skrzynkę odbiorczą. Zobaczył trzy wiadomości od klientów serwisu i jedną od swojej dziewczyny. Mało nie upuścił aparatu kiedy przeczytał jego treść : "Ktoś mnie śledzi Mark. Boję się. Zadzwoń zaraz jak odczytasz tę wiadomość. Proszę".  Wiadomość przyszła jakoś dwie godziny temu. Okazało się, że pięć minut wcześniej do niego dzwoniła. Prawie dostał palpitacji serca z nerwów. Jak mógł do cholery nie usłyszeć tego telefonu. Normalnie dzwonek obudziłby umarłego, nawet takiego co gryzł trawę od wieków, a on spał jak pierdolony śpiący królewicz. Jezu, przez te dwie godziny mogło się stać dosłownie wszystko. Pytanie teraz kto mógł śledzić Maggie i po co? To niemożliwe żeby Cho już ją namierzył w Ottawie i wysłał tam swoich goryli, niemożliwe.  Jeśli coś jej się stanie... Ale chwila, to przecież nie musiał być ten złamas. Może ona też ma jakichś wrogów, o których on nie ma zielonego pojęcia. Tak też mogło być, nie mógł tego wykluczyć...  Tak czy siak musi do niej i zorientować się jak wygląda sytuacja. Musiała być nieźle przerażona. Trzęsącymi palcami wybrał Maggie na liście kontaktów i połączył się, niestety oczekiwanie na rozmowę trwało i trwało. To czekanie w nieskończoność przyprawiało go o czarną rozpacz. Z każdą sekundą coraz bardziej się denerwował, a kilka minut później był bliski szału. Każda sekunda i minuta oczekiwania były dlań prawdziwą torturą. Gdy po dziesiątym sygnale usłyszał wreszcie abonent czasowo niedostępny był tak wykończony, że chciał roztrzaskać tę cholerna komórkę i posadzkę. 

- Ja pierdole, nie wytrzymam.  - Patrzył na sufit i przyciskał telefon do ucha. Po policzkach płynęły mu łzy. Był wściekły, bezradny i przerażony do granic możliwości. - Cholera Maggie, odezwij się, bo oszaleję... Musisz wreszcie odebrać... Ty nie możesz tak po prostu... zginąć... Kurwa, dlaczego to się dzieje? Czemu? - Otarł mokre policzki wierzchem dłoni. - Dlaczego nie odbierasz Maggie? Zwariuję. 

Gdyby się dało byłby w Ottawie w kilka sekund, tymczasem dzielił ich taki kawał drogi. Nie mógł nic zrobić, nie mógł jej uratować... dosłownie kurwa nic. Miał już zwyczajnie dość tych wszystkich koszmarów. Najpierw bał się o Beth, a teraz wariował ze strachu z powodu Maggie, a wszystko to przez jednego popapranego złamasa, który niemal pękał z dumy i być może planował kolejny zamach na ich życie. Walkera zaślepiła zabójcza wściekłość. Był taki zły, że poza jednym celem nie widział nic innego. Chciał dopaść Cho, wypruć mu flaki i patrzeć jak ten pieprzony psychol się wykrwawia i wrzeszczy ratunku. Już niedługo... Jeszcze trochę i będzie po nim. 

To wszystko było ponad jego siły. Ogarnięty dziką wściekłością odłożył komórkę, oderwał resztę elektrod przyklejonych do jego klatki piersiowej i wstał z łóżka. Jakoś dotarł do szafy i zabrał z niej swoje ubrania ubabrane krwią Wilsona. Nie obchodziło go jakie zrobi wrażenie, gdy go ludzie na ulicy zobaczą go w tych zakrwawionych ciuchach. To akurat najmniej nieważne. Absolutnie nie może tu dłużej zostać i czekać rozmyślając o tym co najgorsze. Musi szybko wrócić do domu, przebrać się i pędzić na lotnisko, a gdy już tam dotrze spróbuje złapać jakiś lot do Ottawy. Chciał żeby Maggie wiedziała, że nie jest mu obojętna, że wariuje na samą myśl, że ktoś mógł ją skrzywdzić. Ostatnia rzeczą jakiej chciał to żeby poczuła się odrzucona. Znał to uczucie, wiedział jak to jest być odtrąconym. Czy Jill miała jakiekolwiek wyrzuty sumienia po tym co zrobiła jemu i jego bratu? Niewiele brakowało, a ich życie zamieniło by się w totalną ruinę. On sam był bliski samobójstwa, a Luke... Z pewnością nie przeżyłby w więzieniu tygodnia. 

- Jednak nas pan opuszcza - powiedziała półgłosem Kitty widząc, że jej pacjent kończy się ubierać -  był już prawie na wylocie. Stała w progu przy uchylonych drzwiach a Mark zapinał kurtkę. Wyglądał na mocno poruszonego i zdenerwowanego. - Miałam nadzieję, że rozsądek przeważy szalę. 

- To pani? A ja myślałem, że skończyła pani dyżur dawno temu. - Zaskoczony Walker patrzył na tę młodą doktorke jak na ducha, którego się nie spodziewał. Swoją drogą lepiej, że przyszła ona niż tamta stara pielęgniarka. 

- Skończyłam, ale potem poszłam do ojca na oddział neurologiczny. Leży w śpiączce od ponad roku. - Przeczesała włosy palcami i ziewnęła po czym dodała. - Przyszłam, bo byłam ciekawa czy pan został czy zdążył już uciec. Niech pan na siebie uważa. 

- Mogę podpisać oświadczenie, że wychodzę na własną odpowiedzialność. Nie chcę żeby miała pani przeze mnie kłopoty. 

- Bolą pana plecy? - spytała. Jej mina jasno wskazywała na to, że się martwi o rany na plecach. - Gdyby działo się coś złego proszę wrócić na SOR. Jeśli wda się zakażenie skutki mogą być opłakane. 

- Proszę się nie martwić, mam znajomą pielęgniarkę. Będzie mi zmieniała opatrunki. - Oczywiście miał na myśli Shizuke, która rzecz jasna nie była pielęgniarką, ale znała się na tych sprawach, ponieważ uczyła się od swojej cioci, która, była w Kioto cenioną znachorką. 

- Skoro tak... Proszę ze mną podejść do dyżurki pielęgniarek, dam panu dokument do podpisu. - Kitty się oddaliła.  

- Oczywiście, już idę. - Ruszył za lekarką w stronę dyżurki. Skrzywił się i zasyczał, gdy znów poczuł rwący ból. Plecy bolały go w tamtym momencie jak cholera, ale wolał się do tego nie przyznawać. Zostało mu tylko zacisnąć mocno zęby i jakoś to przetrzymać. - Są gorsze rzeczy Walker, dajesz. 

- Momencik, muszę sprawdzić czy dałam panu odpowiedni formularz. - Kitty zerknęła na dokument. - Tak, to jest to. Proszę zostawić autograf tutaj na dole. - Podała mu długopis. 

- Aha. - Wziął od lekarki długopis, schylił się i złożył podpis we wskazanym miejscu. - Okej dziękuję, będę leciał. - Oddał jej długopis. 

- Widzę, że bardzo pan lubi hazard - rzuciła do Marka na pożegnanie. 

- Ryzyko to moje drugie imię. - Walker posłał jej zniewalające spojrzenie. - Muszę iść, przepraszam. Do widzenia. 

- Do zobaczenia - powiedziała, ale już jej nie słyszał. Pognał jak wiatr do drzwi wejściowych. 

Było jej żal, że tak szybko opuścił oddział. Na co dzień musiała się użerać z dużo mniej przyjemnymi facetami. Ten był nawet znośny i cholernie dobrze się prezentował. Buźka jak marzenie, wysoki, szerokie ramiona, klata też. Pomyślała, że musiało być cholernie dobrze zanurzyć się w takich ramionach jak jego i zapomnieć o całym świecie. Zazdrościła każdej panience, która z nim spała. Kuźwa, mogłaby go wyrwać, jeśli by się bardziej postarała... No chyba, że miał przy boku jakąś niunie, którą obecnie kochał albo ona się w nim kochała.  Rety, gość wcale nie wyglądał na takiego gościa co by się dał łatwo usidlić. A ten jego kumpel, zdaje się, Japończyk, też był całkiem niezły, ale niestety trochę dla niej za niski. Lubiła Azjatów, nawet miała kumpla z Korei na kardiologii, lecz ten na złość był żonaty i dzieciaty. Tymczasem Kurosawa naprawdę robił wrażenie, jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny  i do tego sprawiał wrażenie mocno zatroskanego. Walker pewnie był dla niego kimś bliskim, bo nie opuścił go ani na chwilę przez tych kilka godzin odkąd przyjechali do szpitala. Szanowała takich ludzi jak on, lojalnych i oddanych. 



Winnie spotkał się z Walkerem na parterze. Siostrzeniec Jamiego czekał na windę, a tamten akurat z niej wysiadał. Prawie się zderzyli, gdyż Walker był głęboko pogrążony w swoich myślach i nie patrzył przed siebie. Winnie ogromnie się zdziwił widząc, że kumpel tak szybko wychodzi ze szpitala... A może raczej ucieka. Facet naprawdę wyglądał na nieźle rozjechanego, zarówno psychicznie jak i fizycznie. Ciekawe, co mu się przydarzyło? - myślał Winnie przyglądając się zdołowanemu i roztrzęsionemu koledze... Jakoś nie przyszło mu do głowy, że Walker wychodził tylko na szluga. Gdyby tak było to skorzystałby z palarni na górze, mógł też wyjść na taras z pięknym widokiem na majestatyczne góry. Tak więc przyjął, że Mark rzeczywiście się zwija ze szpitala, zostało tylko ustalić dlaczego. 

- Heeeeej Walker, a ty gdzie się wybierasz? 

- Jadę do domu Winnie, a potem na lotnisko. Muszę lecieć do Ottawy i to jak najprędzej - wyjaśnił zdenerwowany Mark i wyciągnął świeżego papierosa z paczki, którą dała mu Lucy, musiał jednak poczekać z zapaleniem go aż wyjdzie na zewnątrz. Gdyby się okazało, że w holu mają czujniki dymu narobił by niezłego bigosu. - Chodzi o moją Maggie. 

- Ale jak to wychodzisz?  W tym stanie? - Mina Winniego jasno wskazywała na to, że się martwi. Nie chciał żeby temu facetowi coś się stało nawet jeśli sam się o to prosił. - Co ty wyprawiasz Walker?  Chcesz się nabawić jakiegoś cholernego zakażenia? Bądź kurwa poważny. Ta lekarka mówiła...  Ciekawe co na to Lucy. 

- W jakim stanie? Daj spokój Winnie. Plecy mnie tylko trochę nawalają i to wszystko. A ty gdzie byłeś do licha? Kurosawa do ciebie wydzwaniał po tysiąc razy, chciał ci powiedzieć, że Beth jest u niego w domu cała i zdrowa. A jeśli chodzi o Lucy to...  najprawdopodobniej będzie na mnie mocno wkurwiona i urwie mi łeb przy samej dupie, ale trudno... Nie mogę tu zostać. 

- Cooooo?! - Winnie prawie krzyknął i zaczął szarpać Marka za ramiona. Był tak podniecony wieścią o Beth, że na moment zapomniał o tym, że Walker jest cały obolały. Nagle poczuł, że może swobodnie oddychać, w jednym momencie zrzucił z ramion cały ciężar tego świata. Gdyby nie daj Boże zginęła nie mógł by dalej żyć. - Jak to u niego? Czemu? O Jezu słodki, ale ulga. Niesamowita ulga. 

- Taki jeden koleś ją znalazł w parku i przyniósł na rękach do domu Kurosawy, ponieważ stamtąd miał najbliżej właśnie do niego. Ten gość to jakiś nowy uczeń dziadka Kazemaru... Możesz przestać mnie szarpać z łaski swojej? Dziękuję. 

- O żesz kurwa. - Winnie puścił Walkera i złapał się za głowę. Mało nie eksplodował ze szczęścia. Teraz Jamie musiał już wydobrzeć. -  A myśmy jej tyle czasu szukali. Kiedy dokładnie ją znalazł? 

- Najważniejsze, że żyje i nic poważnego się jej nie stało, choć mogła się nabawić traumy przez to wszystko. Z początku była nieprzytomna, a potem Shizuka dała jej coś na uspokojenie, bo gdy doszła do siebie to trochę to szalała. 

- Kto to jest Shizuka Mark?

- Siostra Kaze, zna się na ziołolecznictwie i medycynie naturalnej. Nie martw się, nie zrobi jej żadnej krzywdy. To wspaniała osoba. 

- W porządku. Podziękuj jej ode mnie. Przy niej na pewno będzie bezpieczna. 

- Chodźmy na zewnątrz, bo muszę wreszcie zajarać inaczej mnie strzeli. Cud, że tyle czasu bez fajek wytrzymałem. 

- A co z tą twoją Maggie? Coś jej się stało? - Winnie wsadził ręce do kieszeni w spodniach. 

- Najpierw dzwoniła, a potem napisała, że ktoś ją śledzi i że się boi. Nie odebrałem, bo wtedy mocno spałem po lekach, dopiero potem przeczytałem tego smsa od niej i oddzwoniłem, ale się nie odezwała. Spanikowałem jak cholera.

- Myślisz, że to ktoś od tego kutasa ją śledził? Ale skąd by miał wiedzieć, że ona akurat jest w Ottawie?

- Cholera jedna wie - odparł Mark, gdy znaleźli się przed szpitalem. Wreszcie mógł zapalić bez żadnej spiny. Dwa razy głęboko się zaciągnął. - Miejmy nadzieję, że nie od niego... Jeśli ją tknie choćby paluszkiem to osobiście skurwysyna zabije. Tymi rękami. - Palił zachłannie jakby rok nie widział papierosa. Jak mógłby się kiedykolwiek uwolnić od palenia kurna mać? Nieeeeee, to raczej niemożliwe. Czasem cholernie zazdrościł Kurosawie braku zniewalających uzależnień. Dlaczego on  nie mógł taki być? 

- Może to jednak nie jest sprawka Cho. - Młody Wilson się rozglądnął dookoła. 

- Boję się kurwa. Tak strasznie się o nią boję. Nie wyobrażam sobie, że mogłaby... Boże nie, nieeeee. - Patrzył w ziemię, a oczy świeciły mu się jak świeczki. Pociągnął dwa razy nosem i wytarł łzy z policzka, a następnie znowu pociągnął szluga. Ostatnio zrobił się dziwnie ckliwy i nawet mu to już nie przeszkadzało. 

- Doskonale to rozumiem. - Winnie ogromnie współczuł Markowi. Nawet jeśli tylko się przyjaźnili to musiało mu zależeć na tej Maggie. Mimo wszystko się ze sobą zżyli i nie było na to żadnej rady. On i jego była dziewczyna Nancy też zostali przyjaciółmi po rozstaniu. Nie zniósłby gdyby ktoś ją skrzywdził. 

- Zadzwonił do Kurosawy i groził, że będę następny. Cały czas coś pierdolił i śmiał się jakby to co zrobił bardzo go ubawiło. Niech kurwa spróbuje mnie dorwać. Już na niego czekam. 

- A to podła gnida. Chętnie sam bym z niego zrobił miazgę... Kiedy dzwonił?

- Tak gdzieś koło wieczora, przed wizytą lekarską. Lucy chce się nim zająć, a mnie i Kurosawie zabroniła się do tego wtrącać. Jest zła na Jamiego, że nas w to wplątał. Jak Boga kocham, jeszcze jej nie widziałem takiej wściekłej. - Zasępiony Walker znów podniósł szluga do ust i dłuższą chwilę trzymał między zębami. 

- Oj to mnie też się dostanie po nosie. - Winnie się skrzywił. Nie chciał nawet wiedzieć jak to jest, gdy Lucy się na kogoś wkurwi i to tak na fest. 

- Idziesz do Jamiego? 

- Taki miałem zamiar dopóki nie wspomniałeś o Beth. Chyba pojadę po nią do Kurosawy i zabiorę do domu... Albo nie, może zaczekam z tym do jutra, nie chce ich specjalnie budzić. Beth też pewnie śpi. 

- Zaraz do niego zadzwonię i spytam czy śpi. - Mark sięgnął do kieszeni w kurtce po komórkę i już chciał dzwonić do Kaze, ale uprzedziła go Maggie. O dziwo to była właśnie ona. Ożywiony mężczyzna błyskawicznie odebrał połączenie. - Maggie Kochanie, wszystko w porządku?... Tak? Na pewno?... To cudownie... Tak... Jezu umierałem ze strachu kiedy nie odbierałaś. Już miałem tam lecieć, przysięgam... Nie, nic mi się nie stało, wszystko dobrze... -  Pomyślał o tym, co będzie jak Maggie zobaczy te rany na jego plecach. To dopiero będzie. To kłamstwo będzie go dużo kosztować. Żeby dobrze kłamać, trzeba być dobrym aktorem synu, powiedział kiedyś pan Asano. Jeśli tak to on z pewnością nim nie był... Kaze już bardziej. - Tak, już po sprawie zaraz wracam do domu. Nie musisz się o mnie martwić... Dobrze, śpij spokojnie, jutro pogadamy... Ja też słoneczko, pa. 

- I co? Wszystko z nią dobrze? - Spojrzenie Winniego było świdrujące. 

- Tak. Wujek Maggie załatwił jej ochronę. Jest tam kimś ważnym w policji, więc nie pozwolą żeby stała się jej krzywda. Zlokalizują gnoja, który ją śledził. 

- To wspaniale, cieszę się. Wszystko dobrze się skończyło. - Uśmiechnął się lekko. 

- Jak na razie - podkreślił Walker i spojrzał w niebo pełne gwiazd. Boże jaki był szczęśliwy. Telefon od Maggie sprawił, że miał ochotę latać. Czuł się wolny jak ptak, którego w końcu po dłuższym czasie wypuszczono z klatki. Ból w klatce piersiowej spowodowany strachem nagle zelżał. Poczuł niesamowitą błogość. 

- Mam twojego gnata Walker, ale oddam ci jutro, bo zostawiłem go w Casablance. Nie odbierałem telefonu od Kaze, ponieważ posiałem komórkę i dopiero potem ją znalazłem. 

- Dzięki. Ja nawet o nim zapomniałem przez to wszystko. Znalazłeś tą Ruth? Bo słyszałem, że do niej pojechałeś. 

- Nie było jej w domu, więc pewnie jest z tym swoim... Do roboty również nie przyszła. Jeśli się zjawi to tak jej nagadam, że chyba ją trafi. 

- O ile w ogóle się pojawi. - Mark patrzył na Winniego i kręcił głową. - Chcesz szluga?

- Nie, dziękuję. Może potem. 

- I tak jestem ci winien całą paczkę, bo mnie przedtem poratowales. 

- Tak czy siak już jest zwolniona. Nie będziemy trzymać u nas kreta. Niech ją Cho zatrudni do tańca na rurze w tym jego zasranym klubie skoro tak go uwielbia. Mam to w dupie. Nigdy więcej jej nie zaufam. Nigdy! - Gdy Winnie pomyślał o Ruth dostawał cholery, dosłownie szlag go trafiał. Nastroszył gniewnie ciemne brwi i walnął pięścią w ścianę budynku, o którą się opierał plecami. 

- Jest wolna taksówka, lecimy. - Mark wskazał palcem samochód z napisem taxi stojący za ulicą jakieś pięćdziesiąt metrów od nich. Wyrzucił peta do kosza na śmieci, który miał pod ręką. 

- Jedziemy do Kurosawy? - spytał Winnie. 

- Tak, zaraz do niego zadzwonię. Chodź szybko zanim nam ucieknie. - Walker przebiegł przez pustą jezdnię, a Wilson także. Był tuż za nim. Wsiedli do taksówki, który prowadziła miła, choć niezbyt rozmowna kobieta po pięćdziesiątce. Podał jej adres Kurosawy i odjechali.  Zaraz zadzwonił do Japończyka który odebrał dopiero po trzecim sygnale. Powiedział żeby przyjechali. Na szczęście nie spał i zastępował siostrę w czuwaniu nad Beth. - Dobra Kurosawa, na razie. 

- Kurosawa nie śpi? - zdziwił się Winnie. Uchylił szybę po swojej stronie. 

- Spał trochę, a teraz czuwa przy Beth. Zamienił się z siostrą na trochę. 

- Nie będziemy nikomu przeszkadzać? 

- Nie, spokojnie. - Mark pokręcił przecząco głową. - Dobrze żeby Beth poczuła twoją obecność. 

- Dziś już zrobiłam pięć kursów do tego szpitala - przyznała kobieta prowadząca taksówkę. - Wiozłam aż trzy rodzące, a ojciec dziecka prawie zemdlał. 

- Ja bym raczej nie zemdlał - zapewniał Winnie. - Jestem twardym gościem. 

- Macie własne dzieci? 

- Nie i raczej się nie zapowiada żebym kiedykolwiek miał dzieci - odpowiedział Mark. - Kiepski ze mnie materiał na tatusia. 

- Też tak mówiłam jak pan i mam piątkę. 

- Noooo już widzę jak moja dziewczyna będzie chciała mi urodzić piątkę. Marzenie ściętej głowy psze pani. - Walker popatrzył na kumpla i trącił go lekko łokciem.  

- U mnie też się na to nie zanosi - dodał Winnie nie odrywając spojrzenia od Marka. Tak jak on starał się zachować powagę. 

- Może jeszcze nie spotkaliście tej jedynej, z którą warto by założyć rodzinę albo faktycznie się obawiacie że nie zdacie egzaminu. Mój mąż też się bał, a teraz to najlepszy ojciec na świecie. 

- To cudownie, gratulacje. Te dzieci mają szczęście -  przyznał siostrzeniec Jamiego. 

- Ja nie chciałbym być taki jak mój ojciec. Nigdy w życiu. - Walker mówił półgłosem zagapiony w szybę. Kiedy myślał o swoim i Luke' a ojcu miał ochotę wszystkim rzucać. To był sukinsyn do potęgi entej. Podły sadysta i pijak. To co zrobił ich matce było nie do przyjęcia. Za coś takiego mógłby go powiesić za jaja i... On nigdy by tak nie potraktował kobiety, a już na pewno nie kobiety, która dała mu dzieci. - A geny się dziedziczy. 

- To niczego nie przesądza - zapewniła kobieta. - Wcale nie musi pan być takim ojcem jak on. 

- Raczej nie zaryzykuję. - Przeczesał palcami wilgotne włosy. 

- Geny to geny - dodał Winnie patrząc przed siebie. 

- Już dojeżdżamy na miejsce - oświadczyła niewiasta prowadząca taksówkę. 

- Dobrze. - Walker sięgnął do kieszeni w kurtce po kasę. Podając babce pieniądze i dodał. - Reszty nie trzeba, dzięki za kurs. 

- Ja również dziękuję. - Kobieta była bardzo zadowolona. 

- Jak Kurosawa znosi to, że jego Mazda... ? - zapytał Wilson, kiedy w końcu wysiedli z pojazdu.  Stali w pobliżu domu rodziny Kazemaru otoczonego kamiennym ogrodzeniem. 

- Nawet mu o tym nie wspominaj, stary - poradził Mark, którego wciąż zalewała gorycz na myśl o niesamowitym wozie Kazemaru, który pewnie lada moment trafi na złom. Już sobie raczej nie pojeździ tym cudem. Co za cholerny pech. Nie mógł uwierzyć w to, co się stało z Mazdą. Samochodu Winniego także było szkoda, ten Subaru był naprawdę porządnym modelem. Najpierw Beth straciła swoją Toyotę, a teraz Winnie i Kazemaru stracili swoje. 

- Mnie by chyba krew zalała na miejscu tego Japończyka. Taaaaaki wóz.  

- Jego też zalewa, ale nie będzie z nikim o tym gadał. Taki już jest. - Walker oparł się plecami o ścianę ogrodzenia i zrobił smutną minę. - Przykro mi, że ty także straciłeś swojego Subaru. Nie był najgorszy. 

- Mnie także jest przykro, ale cóż... - Wilson wzruszył ramionami. - Poszukam sobie czegoś. 

-  Z drugiej strony patrząc Japończycy się tak nie przywiązują do rzeczy materialnych jak my. To jakby zupełnie inna liga. 

- Też racja. - Wilson pokiwał głową. 

- Kurosawa bardzo się ucieszył z powodu odnalezienia Beth. Myślenie o tym sprawia, że zapomina o zniszczonej Maździe. Tak powiedział. 

- Równy gość z tego Kurosawy - skwitował Winnie i znów się uśmiechnął. Cieszył się, że poznał tych dwóch gości. - Ten co ją znalazł też. Chciałbym z nim pogadać i dowiedzieć się czegoś więcej. 

- Ja też okropnie się cieszę, że komuś się udało wyciągnąć ją z tego pierdolnika. To się mogło fatalnie skończyć. Aż dreszczy dostaję kiedy pomyślę, że mogli ją torturować, a potem zabić. 

- Teraz jeszcze Jamie musi z tego wyjść cało. 

- Będzie dobrze. Zobaczysz. 

- Musi być. - Po tych słowach Winnie głęboko westchnął. Nie wyobrażał sobie, że mógłby stracić Jamiego. Mimo wszystko byli ogromnie ze sobą zżyci. Wuj był jego najbliższą rodziną. 

- Zajaram sobie jeszcze zanim wejdziemy - powiedział Mark sięgając po papierosy. - Chcesz jednego? 

- Grywasz czasem w kosza Walker? - Winnie poczęstował się papierosem. 

- Grywałem z bratem - odparł Mark i podpalił sobie szluga, a potem podpalił kumplowi. - Luke był wielkim fanem Chicago Bulls. Obecnie wolę jazdę konną, bo kosz za bardzo przypomina mi czas spędzony z Lukiem. 

- My też to lubimy. Czasami jeździmy w okolicę Alberty do stadniny naszego znajomego. Może kiedyś się z nami wybierzecie jak to wszystko się uspokoi. 

- No dobrze, pomyślimy o tym - obiecał Walker. 

- Muszę dodać, że ten znajomy jest rdzennym Indianinem. Ogólnie rzecz biorąc to bardzo ciekawy facet. - Winnie wpatrywał się w gęstą chmurkę dymu sączącą się z jego papierosa. 

- Ooooo kurde, rewelacja. Kazemaru zawsze chciał poznać prawdziwego Indianina... Ucieszy się. 

- Jamie uratował kiedyś wnuczkę tego faceta i tak się zaprzyjaźnili, a Indianie jak wiesz nie zapominają takich rzeczy. To bardzo lojalni i mądrzy ludzie. 

- Zgadzam się z tobą. - Walker skinął delikatnie głową. Patrzył uważnie na swego rozmówcę. 

- Pięć lat temu taki jeden koleś z Meksyku kręcił się w okolicy posiadłości naszego znajomego i prawie uprowadził tę dziewczynkę. Na szczęście Jamie szybko się zorientował i dopadł tego drania zanim zdążył wywieść dzieciaka. - Winnie poniósł wolną dłoń do czoła i podrapał się w tamtym miejscu. -  Gościa w końcu deportowali z Kanady, bo miał już wyrok w zawieszeniu za podobne przewinienia. Nie znam jednak szczegółów tej sprawy, musiałbyś zapytać Jamiego. - Zakaszlał dwa razy, a potem kontynuował. - Drań razem ze swoimi kumplami bawili się w porywanie i handel nieletnimi. 

- A to ścierwa skończone - warknął zgorszony Walker. - Jak trzeba być pierdolniętym żeby robić takie rzeczy dzieciom? Nigdy bym się do tego nie posunął. 

- To jest naprawdę mocno popierdolone 

- Hej wy dwaj, nie ociągać mi się - rzucił do przyjaciół Japończyk, który nagle wyszedł zza rogu i szedł w ich kierunku. 

- Oooo hoooo, widzę, że sam gospodarz się tu pofatygował - oznajmił Winnie, gdy zauważył Kazemaru. Minę miał bardzo zagadkową, a ramiona skrzyżowane na piersi. 

- Tylko mi nie mów, że zaalarmował cię swąd naszych fajek Kurosawa. - Mark mrugnął do kumpla okiem i strząsnął popiół na ziemię. 

- Tak jakbyś zgadł Walker. 

- I nie powiesz do mnie baka! - podsunął mu Mark. 

- Baka - powiedział Japończyk bardzo niskim głosem. 

- Co to znaczy? - spytał zaintrygowany Winnie. 

- Po japońsku idiota albo skończony osioł - wyjaśnił Kazemaru rzucając Markowi szelmowskie spojrzenie. - To też jego ulubione słowo. 

- Prawda, że niezwykle wymowne, Winnie? - zwrócił się do niego rozbawiony Walker. Powoli dopalał swojego papierosa. 

- Jak cholera - przyznał Winnie udając śmiertelnie poważnego. 

- A ty mógłbyś odbierać jak do ciebie dzwonię - wyrzucił młodemu Wilsonowi Kurosawa. 

- Tak wiem, ale... prawie zgubiłem komórkę. Przepraszam. 

- Baka - powtórzył Kazemaru i roześmiał się, a zaraz potem Winnie zaczął rżeć ze śmiechu. 

- Jak ona się ma Kaze? - spytał Mark już nieco poważniejszy. 

- Nadal śpi, choć bardzo niespokojnie. Uspokaja się kiedy trzymam ją za rękę. 

- Cooooo ty gadasz? - zbulwersował się Walker. - Trzymasz ją za rękę.

- Moja bidulka - powiedział półgłosem zasmucony Winnie. - Chcę przy niej trochę posiedzieć, jeśli nie będzie wam to przeszkadzało. 

- Nie ma problemu. Możesz zostać ile ci pasuje. To w końcu bliska ci osoba. 

- Dziękuję Kaze, jestem wam bardzo wdzięczny za opiekę nad Beth. 

- Cała przyjemność po naszej stronie. - Kazemaru delikatnie pochylił głowę. - Moja starsza siostra bardzo się cieszy, że może pomóc. 

- Dziękuję. - Winnie głęboko się ukłonił Japończykowi, a potem uścisnął mu dłoń, do czego ten był już przyzwyczajony. 

- Shizuka to mistrzyni - skwitował Mark. - Gdybyś kiedyś potrzebował masażu albo akupunktury Winnie to adres znasz. 

- Akupunktury. - Prychnął Kaze nie patrzeć na Kaze. 

- Co? Czemu się śmiejesz? - Siostrzeniec Jamiego się wyszczerzył. 

- Walker się boi akupunktury - odpowiedział Japończyk. 

- O ty... - syczał Walker. Bardzo się hamował, żeby nie pokazać Kazemaru środkowego palca. - Nie przyszło ci czasem do głowy, że zwyczajnie nie znoszę igieł. Nie każdy je lubi. 

- Ja jeszcze nie wiem czy się boję.  - Winnie popatrzył na Marka. - Przekonamy się. 

- Ja tam uwielbiam akupunkturę. - Kazemaru się uśmiechnął do swoich towarzyszy. 

- Idźcie do domu, ja się jeszcze przejdę - zdecydował Walker. Zamierzał odwiedzić pewien malutki skwer z punktem widokowym, z którego roztaczał się obłędny widok na niesamowite pasmo Rocky Mountains. Uwielbiał to miejsce - znajdowało się niecałe dwieście metrów od domu Kaze - i dość  często je odwiedzał sam. Tamtejszy widok naprawdę go zniewalał. Tam też oglądał cudowne wschody słońca. Czasem tak niewiele brakowało do szczęścia. - Lubię popatrzeć na góry w samotności... Na razie chłopaki. 

Winnie ( aktor i raper Will Smith) 




To tyle na dziś, dziękuję, że dotrwaliście do końca. Czekam na Wasze opinie i wrażenia. 




















Komentarze

  1. Hej hej , akurat lektura dobra na ten weekend. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj Kasiu , czytam i czytam , wciąga coraz bardziej. Sytuacja skomplikowana , a szpital zawsze wszystko jeszcze bardziej komplikuje. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za uwagę i komentarz Krysiu. Cieszę się że Ci się spodobalo. Na szczęście jedna sprawa się rozwiązała. Ściskam najmocniej ♥️

      Usuń
    2. To tak jak w życiu , coś się wyjaśni a reszta się skomplikuje . Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  3. Super!l, w końcu nowa część! Dzieje się, dzieje i wciąga! Pozdrawiam serdecznie i życzę wspaniałego weekendu :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty