Wyśpiewany weekend pod Bereśnikiem ( Szczawnica )
Cześć Kochani !
Przede wszystkim bardzo dziękuję Wam za wszystkie ciepłe i motywujące komentarze pod ostatnim rozdziałem powieści "Nie zapomnisz mnie nawet po śmierci". Tę poprzednią powieść "Idąc pod prąd" na blogu Kasiny świat też chcę kontynuować, lecz muszę złapać trochę wiatru w żagiel. Wielu z Was bardzo lubiło tamtą historię i bohaterów z gorczańskiej wsi Ochotnicy, ta jest zupełnie inna ( kosztuje mnie dużo szukania i kombinacji, bo nie znam Kanady z autopsji), ale ta też spotkała się z Waszą sympatią, co mnie bardzo cieszy. Obiecałam Ciężkiej że dokończę Idąc pod prąd i muszę to zrobić. Mam wielką nadzieję, że wena niebawem wróci i zabiorę się za tworzenie następnego, bo wiem, że wielu Was czeka na to z niecierpliwością i ogromnie mnie to cieszy. Chciałabym pisać jeden rozdział za drugim jak kiedyś, ale jakoś to nie przychodzi, a to czasu za mało a to brak sił, zmęczenie i (ostatnio) ból oczu. Tydzień temu dostałam takie uczulenie, że nie mogłam na oczy patrzeć. Robiłam sobie okłady z rumianku i wtedy trochę pieczenie ustępowało. Staram się mniej gapić w ekran, dać oczom odpocząć. Trochę zbastowalam z oglądaniem tych dram koreańskich żeby nie przemęczać moich oczu. Podejrzewam, że mam uczulenie na kurz, ale wybieram się też do okulisty, bo chyba będą potrzebne okulary niedługo. Z daleka widzę coraz gorzej i obraz mi się zaczyna rozmazywać. Muszę wreszcie zadbać o wzrok, gdyż bardzo potrzebne mi są do czytania, bez którego zwyczajnie nie umiem żyć. Nie wiem jak można nie lubić czytania, zupełnie sobie tego nie wyobrażam. W styczniu najwięcej przeczytałam 120 stron w ciągu dnia 😃Niektórzy wolą się gapić w telewizor niż poświęcić te 15 minut na czytanie albo siedzieć godzinami na Fejsbuku. Ja już rok nie oglądam telewizji i całkiem mi z tym dobrze. Jak trzeba posłuchać wiadomości to mam radio Kraków i sobie słucham tego, co mi pasuje. Lubię też internetowe radio Akadera z Białegostoku. Mój dobry znajomy Adam Musiuk prowadzi w poniedziałki fajną audycję muzyczną "Płyty z górnej półki". Dziś o 20 jest audycja poświęcona płycie zespołu The Eagles Hotel California i potrwa do 22. Audycja jest co dwa tygodnie, a czasem co tydzień. To zależy od możliwości. Zapraszam serdecznie w imieniu Adama, to bardzo profesjonalny redaktor i sympatyczny człowiek, ciekawie opowiada o zespołach. Na Wasze komentarze staram się stopniowo odpowiadać. Czasem mi się zdarzy przysnac przy tym.
Weekend spędziliśmy w Szczawnicy w naszej ukochanej Bacówce pod Bereśnikiem ( pieniński oddział PTTK) gdzie odbywało się Słoniowe śpiewogranie zorganizowane przez naszego drogiego przyjaciela Przemysława, którego znamy od lat. Wszyscy wołają na tego kolegę Słoń... i dlatego właśnie Słoniowe granie. Impreza zaczęła się w piątek, ale większość uczestników dotarła w sobotę ze względu na pracę do późnych godzin. Kilkanaście osób miało ze sobą gitary akustyczne i ukulele, były też bębenki. Nie brakowało mocnych fajnych głosów, ale generalnie każdy śpiewa tak jak potrafi, bo każdy ma się czuć dobrze ze swoimi możliwościami głosowymi. Były szanty, piosenki turystyczne, harcerskie, poezja śpiewana i rockowe ballady. Każdy mógł zaproponować swój ulubiony kawałek i to śpiewaliśmy jeśli były do tego akordy. Już w piątek było głośno, wesoło, były wspomnienia, śmiechy, ogólnie rzecz biorąc mnóstwo dobrego humoru. Same pozytywy. Poznałam mnóstwo nowych fajnych osób, znajomych Słonia blisko związanych z górami i piosenką turystyczną i z każdym zamieniłam kilka słów. Na pewno spotkamy się jeszcze na śpiewankach w Krakowie na Miodowej w Pubie pod Ziemią (co wtorek o 20). Kiedyś śpiewanki odbywały w pubie Cudowne lata na Krupniczej i też chodziłam. Spotykałam się tam ze Słoniem i moją ulubioną koleżanką z kursu Przewodników Beskidzkich Zielloną ( Kasia ma ksywę Ziellona, bo ma fioła na punkcie przyrody). Było dużo piosenek Starego Dobrego Małżeństwa - ten zespół poznałam właśnie dzięki Słonikowi - były też utwory Jacka Kaczmarskiego, zespołu Wolna Grupa Bukowina, Niemena, Cisza jak ta, Dom o Zielonych Progach i inne. W piątek porządnie się rozgrzewalismy na sobotę i to solidnie, ponieważ skończyliśmy o 3 rano :) Ale się działo. Słonia poznaliśmy dokładnie latem 2011 roku, jeździł wtedy ze swoimi synami, którzy byli w wieku naszych starszych córek - Piotrek ( zwany Małym Słoniem) i Patryk - więc się zaraz zakumplowali. Teraz był z nim tylko Piotruś, bo Patryk akurat ma sesje egzam. Tak się złożyło, że co roku byliśmy tam w tym samym czasie na wakacjach - jakbyśmy się zmówili 😃😃😃 oni i my. Nasze starsze dziewczyny dorastały w tym schronisku.
Nie do wiary, że to już tyle lat z Bacówką pod Bereśnikiem. Czujemy się mocno związani z tym miejscem i Gospodarzami ( pani Ania, Ola, Kaja i Piotr). To są ludzie, którzy po prostu idealnie się nadają do pracy w schronisku górskim, kochają góry, do ludzi wychodzą z sercem na dłoni, zawsze można liczyć na ich pomoc, nie boją się ciężkiej pracy i wspaniale gotują. Najwspanialsza obsługa na świecie i boskie jedzenie, któremu trudno się oprzeć. Bacówka pod Bereśnikiem ma domowy klimat, którego nie ma już w wielu schroniskach górskich w Polsce, bo zmieniły się w hotele, nastawione na masową turystykę. Jeszcze nigdy nie spotkałam się nigdzie z tak cudownym indywidualnym podejściem do turysty jak w Bacówce pod Bereśnikiem. Swego czasu było jeszcze super w Bacówce na Maciejowej w Gorcach przy wcześniejszych gospodarzach i na Turbaczu też jest przyjemnie jeśli nie ma akurat dzikich tłumów. Na uwagę zasługuje też Chata Gorczańska, która się spaliła kilka lat temu, jest duża nadzieja, że ją odbudują. Z Bacówką pod Bereśnikiem wiąże się mnóstwo miłych wspomnień, osób i zabawnych wydarzeń. Tam się zawsze wraca z ogromną radością, nawet przy ulewie i śnieżycy. Dla nas nie ma żadnych przeszkód żeby iść pod Bereśnik. Kilka razy szliśmy na górę przy ulewie i gdy stanęliśmy na progu Bacówki byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Pani Ania natychmiast dawała nam ręczniki i ciepłą herbatę, żebyśmy się nie pochorowali. O dziwo nigdy nie byliśmy chorzy w górach ani nasze dziewczyny, ale troska naszej Gospodyni nieopisana i trzeba o tym wspomnieć.
Tu stary post o Bacówce : https://kasinyswiat.blogspot.com/2014/06/najlepsze-miejsce-pod-soncem.html?m=1 Mam nadzieję, że chętnie zaglądniecie.
Miło było usłyszeć od Ekipy Bacówki, że zawsze się cieszą na nasz przyjazd, że czekają na nas z radością i że jesteśmy ich ulubionymi turystami -nie licząc Słonia i jego fantastycznych synów - którzy nigdy na nic nie narzekają, zawsze są ze wszystkiego zadowoleni, chwalą jedzenie. Pamiętają nawet jak nasze córki im pomagały przy myciu podłogi w świetlicy - odsuwały krzesła i przysuwały je z powrotem do stołu żeby im było łatwiej sprzątać. Bardzo im się podoba, że dziewczyny od malutkiego chodziły z nami po górach, choć na pewno było im ciężko maszerować na tych krótkich nóżkach. A jednak stopniowo górka po górce przyzwyczajały się do dłuższych wędrówek, nieraz były z nami na naprawdę długich wycieczkach - np. Niedzicy do Dursztyna przez Żar na Spiszu oraz z Chaty Gorczańskiej w Dolinie Jamnego Potoku na Gorc i do Ochotnicy Dolnej przez Jaworzynke Gorcowska. Są dzieci, które zamiast chodzić po górach to siedzą godzinami przed tabletem albo telefonem i wcinają chipsy, bo rodzice nigdzie ich nie zabierają - nie mają czasu lub zwyczajnie im się nie chce. Te starsze dziewczyny czyli Dominika i Lena rzadziej chodzą z nami na wycieczki, ale pod Bereśnik zawsze lecą jak na skrzydłach. Teraz to Jula najwięcej chodzi po górach, ma już na swoim koncie sporo zdobytych szczytów - tych mniej i tych bardziej wymagających - Turbacz 4 razy różnymi szlakami, Diablak, Czupel, Lubań 6 razy, Klimczok, Wysoka, Wysoki Wierch, Mogielica, Ćwilin czy Radziejowa.
W sobotę do południa wybrałam się w okolice Bacówki, żeby porobić sobie zdjęcia, choć warunki atmosferyczne nie sprzyjały fotografii - nadal trochę padało z przerwami i było dużo błota, trza było uważać co by się nie zapaść. Dominika i Julka zostały w schronisku i czekały na tatę oraz Lenę, którzy już byli w drodze do Szczawnicy. W piątek jeszcze było w miarę ładnie, ciepło gdyż świeciło słońce, zaś w sobotę od rana padało, było wietrznie i wilgotno. Mimo wszystko żal mi było siedzieć na tyłku, więc postanowiłam wykorzystać ten czas właśnie na zdjęcia, a ładnych widoków tam nie brakuje. Przy schronisku też można podziwiać piękną panoramę. Zrobiłam sobie małe kółeczko. Żałowałam, że nie wzięłam z domu kijków, bo miejscami trudniej się chodziło bez ich pomocy. Poszłam trochę w stronę Bryjarki, niewielkiej góry z krzyżem, na rozległą polanę z uroczymi świerkami z widokiem na Małe Pieniny (to te za Grajcarkiem tzn Palenica, Szafranowka, Jarmuta, Wysoki Wierch, Wysoka, Wierchliczka) a także na Pieniny Właściwe (to te za Dunajcem czyli Sokolica, Trzy Korony, Czertezik, Nowa Góra) oraz na rzekę Dunajec w dole. Widać też pół Szczawnicy. Tak czy siak warto było zrobić te kilkaset kroków, bo mimo dużego zachmurzenia zdjęcia wyszły fajne. Te mniej udane udało się uratować... Tatry nie były widoczne z powodu padającego deszczu - widzieliśmy je poprzedniego dnia całkiem wyraźnie. Gdy zaczęło mocniej padać nawet Trzy Korony zakryła gęsta chmura. W drodze powrotnej do schroniska weszłam troszkę w las i zrobiła małą pętelkę dookoła Bacówki. Chciałam dojść na Bereśnik niestety droga była zbyt oblodzona bliżej szczytu, a nie miałam raczków więc nie ryzykowałam upadku i złamania nogi. Uszłam kawałek i poszłam skrótem do schroniska. Na miejscu zastałam tłum w świetlicy, przyszła jakąś większą wycieczka i okupowała salę jadalną. Trzeba było chwilę poczekać aż wyjdą żeby coś zjeść przy stoliku. Dziewczyny trochę marudziły że są głodne, ale cóż. Niedługo po moim powrocie ze spaceru do Bacówki dotarł mąż z Leną cali zgrzani. Za ciepło się ubrali chyba. Odpoczęli chwilę, a potem poszli się przywitać ze Słoniem i Piotrkiem, którzy już ćwiczyli piosenki w świetlicy i stroili swoje gitary. Moje dziewczyny zamówiły na obiad ulubione naleśniki z nutellą i owocami, a ja tradycyjnie słowacki przysmak (medaliony z serem, janosikowe ziemniaczki, surówki). Aaaaaaah jakie to jest dobre, oooo Bogowie. Musicie kiedyś spróbować tego dania. Za prawdę, powiadam Wam, nigdzie jedzenie tak super nie smakuje jak pod Bereśnikiem. Na drugim miejscu jest bar pod Siekierkami - też Szczawnica. Smaczne tanie jedzenie, warto wstąpić. Po obiedzie jeszcze trochę się przespałam, gdyż było mi trochę zimno po moim spacerze. W międzyczasie dotarli kolejni uczestnicy naszej wieczornej Biesiady, których nie było w piątek, część tych piątkowych gości wróciła z wycieczki z Jaworek. Julka znalazła sobie koleżankę i goniły za kotami po schronisku do 22, a potem trudno było im się rozstać. Zoja ma wielkiego psa rasy border collie i mieszka 5 minut drogi od schroniska, więc w ramach spaceru wpada z rodzicami do Bacówki. Ola z obsługi jest ciocią tej dziewczynki. Dużo ludzi się pobudowalo poniżej schroniska nad którym znajduje się pole namiotowe. Przez pierwsze kilka lat spaliśmy pod namiotami. kiedy nie było nas stać na pokoje. Dawniej nie było tylu domów, co teraz. Do schroniska możecie dotrzeć idąc z Placu Dietla za żółtym szlakiem albo za drogą samochodową, która może jest krótsza, ale też bardziej męcząca moim zdaniem, bo prowadzi stromym zakosem przez las. Zimą na szlaku często jest bardzo ślisko, dlatego wybieram drogę samochodową, ponieważ zwykle jest odśnieżana. Obie drogi są przyjemne, ale szlak jest zdecydowanie bardziej malowniczy jak już się wyjdzie z lasku na wolną przestrzeń i można pójść na Bryjarke, o której wspominałam wcześniej. Niektórzy idą na tę górkę od drugiej strony. Śpiewogranie zaczęliśmy tym razem o 19, gdy już wszyscy się zebrali w świetlicy. Było nas naprawdę sporo. Część ludzi już się znała z poprzednich edycji spotkań, a ja poznałam kolejne sympatyczne osoby. Przy śpiewaniu i pogawędkach, wygłupach czas leciał bardzo szybko i ani się obejrzeliśmy, a wybiła północ. Nie zliczę ile piosenek zaśpiewaliśmy, ale głosy zdarlismy. Na stole królowała wspaniała szarlotka zrobiona przez jedną z koleżanek i inne smakołyki umilające nam biesiadę. Do 19:30 można było jeszcze zamawiać z kuchni dania i napoje, desery. Tym razem wytrzymałam dłużej niż poprzedniej nocy. Spać poszłam dopiero około trzeciej, moja rodzinka poszła do łóżek gdzieś koło pierwszej. Na koniec dołączyli do naszej zabawy Gospodarze Bacówki, którzy już oficjalnie mieli wolne. Mogli jechać do domu, ale chcieli z nami posiedzieć i pośpiewać. Słonik zdarł głos totalnie 😃 z resztą to standard. Poza uczestnikami śpiewogrania nie było w Bacówce innych gości to też nikt nie narzekał, że jest za głośno, mogliśmy się bawić na całego. Podczas tej imprezy Cisza nocna nie obowiązywała, a Ci co wcześniej się położyli głośno chrapali i niewiele słyszeli 🤣🤣🤣
Jeśli chodzi o wykonywany repertuar to zdałam sobie sprawę, że tak wiele utworów nadal nie znam (a szczególnie szantów poza piosenką Gdzie ta keja? ) że muszę się sporo poduczyć. Niby mieliśmy do dyspozycji wydrukowane śpiewniki i teksty w telefonach, ale jak się zna słowa oraz melodie to jest zupełnie inaczej. A wy lubicie szanty lub poezję śpiewaną? Ja kiedyś byłam harcerką, więc znałam trochę piosenek harcerskich i biesiadnych, a SDM u znam większość utworów, bo ciągle sobie śpiewam w domu. Za tydzień znów idę na śpiewanki do Pubu pod ziemią, żeby pośpiewać ze Słoniem i kilkoma innymi osobami :) Słonik już zapowiedział kolejne Słoniowe granie w Beskidzie Żywieckim (chatka na Zagroniu), które ma się odbyć 2 tygodnie po Wielkanocy. Już się nie mogę doczekać na to wydarzenie. Mam nadzieję, że wtedy dołączy do nas moja kochana Ziellona, tak dawno jej nie widziałam. Ostatni raz w 2016 byłyśmy razem w Ochotnicy Górnej w Chacie Gorczańskiej (dawna nazwa Hawiarska Koliba czyli chata po góralsku, mówią też na nią Gocha) przez dwa dni i razem chatkowalysmy zastępczo, ponieważ oficjalny Chatkowy pojechał coś załatwić do Nowego Targu i musiałyśmy za niego przyjąć turystów. Czas dla siebie miałyśmy do 17 - tej, więc trochę sobie połaziłyśmy. Na Gorca niestety nie starczyło czasu, ale doszłyśmy do pięknej polany Przysłop Dolny, gdzie Kasik opowiadała mi niesamowite rzeczy o ptakach które w tym miejscu występują (jest Zootechnikiem tak jak moja mama). Po krótkim odpoczynku ruszyłyśmy z Zielloną z powrotem do Chaty. Oczywiście turyści się nie zjawili i nawet nie zawiadomili Janka, że nie dotrą, więc pędziłyśmy na darmo. Zapomniałam dodać, że Ziellona i Słoniu też swego czasu byli Chatkowymi w Gorczańskiej Chacie. Nigdy nie zapomnę tego weekendu. Tak dobrze się obie bawiłyśmy i tyle ciekawych rzeczy się dowiedziałam od mojej starszej koleżanki zarówno o zwierzętach jak i o samych Gorcach. Obie jesteśmy wielkimi fankami Gorców. Liczymy na szybką odbudowę Chaty Gorczańskiej. Jedynym problemem jest droga dojazdowa, która musi powstać, żeby udzielono zgody na budowę schroniska. Kiedyś nie było to wymagane, dziś niestety jest i nie ma rady, musi być oficjalnego droga. Chata z początku pełniła funkcję zwykłego domostwa, a potem właściciele się wynieśli i budynek przejęło pewne Stowarzyszenie Akademickie. Nie pamiętam dokładnie jak to było, Ziellona mi kiedyś o tym mówiła, przepraszam zatem za drobne nieścisłości. Byłoby super, gdyby chata znów mogła służyć turystom.
W nocy z soboty na niedzielę napadało śniegu i przyszedł mróz. Od razu się zrobiło milej dookoła. Zniknęła szarówka, której tak nie lubię i wszystko pokryła piękna biała pierzynką. Od rana sypał gęsty śnieg. Szkoda, że nie w sobotę bo bym miała ładniejsze fotki. Wyszliśmy z Bacówki około jedenastej, ale nie zdążyliśmy na wcześniejszy bus do Krakowa. Pożegnaliśmy wszystkich jak zwykle bardzo serdecznie, Słonika, Piotrka, Gospodarzy oraz resztę Zacnego Towarzystwa. Po drodze zrobiłam mnóstwo zdjęć, bo bym nie była sobą. Znacie mnie 😀 Dziękuję Wam za przeczytanie tego posta do końca. Bardzo się rozpisalam.
![]() |

















































































Piękny opis i wspaniała fotorelacja, w której czuć wyjątkowy klimat wspólnego śpiewania pod Bereśnikiem. Odpoczynek dla oczu jest teraz najważniejszy, więc nie spiesz się z pisaniem, bo wena na pewno wróci, gdy tylko nabierzesz sił.
OdpowiedzUsuńDziękuję za opowieść i porcję wspaniałych zdjęć :)
OdpowiedzUsuń