Z cyklu: Nie zapomnisz mnie nawet po śmierci - cz. 9

  Rozdział 9 


Zwątpienie 



 Droga do wyznaczonego miejsca zajęła im ponad godzinę, i nieważne, że pędzili do celu jak skończeni wariaci. Kaze i Jamie znów dotarli pierwsi i tym razem Mazdę prowadził Japończyk. Cały czas jechali w deszczu, który wzmagał się z minuty na minutę, nie obyło się też bez grzmotów oraz błyskawic. Musieli bardzo uważać, żeby nie wpaść w jakiś poślizg. Ostatecznie dojechali szczęśliwie,  pomijając fakt, że kilka razy złapał ich fotoradar. Ale kto by w takiej chwili myślał o fotoradarach? Wykończony nerwowo Jamie w ogóle się nie odzywał. Można powiedzieć, że po prostu nie miał już siły się odzywać. Ukradkiem wycierał mokre oczy wierzchem dłoni i liczył na to, że nikt z ekipy tego nie zauważył. Ogólnie rzecz biorąc wszyscy w załodze nagle stali się okropnie małomówni. Nikt już nie miał nastroju do sarkastycznych docinków czy drobnych żartów. 

Punkt, który Phylis im podsunęła jako skrytkę młodego Denga uchodził za dosyć odludne miejsce, znajdujące się już w granicach sąsiedniego miasta Barnaby. Było tu mnóstwo wysokich drzew iglastych, a poza tym jakieś pojedyncze budynki ze stali rozsypane po okolicy, prawdopodobnie hale produkcyjne, była też wysoka na trzydzieści metrów nieczynna wieża ciśnień z ciemnej cegły oraz tory kolejowe oddalone od nich o dwieście metrów, po których stale jeździły pociągi w obie strony. Cała czwórka stała teraz przed okrutnie starym budynkiem, otoczonym dość solidnym ceglastym murem. Trzeba dodać, że szyby w staroświeckich oknach o zielonych ramach były powybijane. To tutaj rzekomo gangster Deng junior miał przetrzymywać Beth Jones i jeszcze więcej dziewczyn z Azji. Spory problem polegał na tym, że nie mogli się tak łatwo dostać do tej przeklętej rudery ( tynk odpadał od fasady płatami na całej powierzchni), ponieważ metalowa brama była zbyt ciężka, żeby ją sforsować nawet w cztery osoby. Mogli się tłuc do woli w oczekiwaniu na to, że ktoś im otworzy albo spróbować wspiąć się na szczyt muru i zeskoczyć, żeby znaleźć się po drugiej stronie. Nie mieli żadnej gwarancji, że faktycznie ktoś jest w środku, ktoś kogo będą mogli dorwać i spacyfikować by pokazał gdzie trzymają dziewczyny. 

- No bez jaj kurwa. Cooooo to ma być?!  To... chyba jakiś... pierdolony żart. W życiu nie uwierzę, że ta obskurna rudera to kryjówka kogoś takiego jak Deng - pieklił się Walker. Zaciskając pięści gapił się z niedowierzaniem na cholernie wysoki mur niemożliwy do pokonania bez specjalistycznego sprzętu. Mięśnie już miał rozgrzane do czerwoności. Tuż przy bramie stała rozpoznawalna zabytkowa latarnia oczywiście nieczynna. Dzięki temu dookoła było ciemno jak w dupie, tymczasem woda z nieba lała się na niego coraz mocniej. - Oby to krew nagła... 

- Może tu tylko przetrzymuje te dziewczyny a kryjówkę ma gdzie indziej - podpowiedział stojący tuż obok Marka zasępiony Kazemaru. Sam zaczynał mieć coraz większe wątpliwości, co do tego, że w budynku ktoś może być, ale nie chciał tego mówić na głos. Posyłali sobie z Walkerem potajemnie porozumiewawcze spojrzenia. 

- No nie mogę, zaraz tu zwariuje - jęknął zrozpaczony Jamie i złapał się za głowę. Wściekłość chciała go roznieść na kawałki. Najchętniej kupiłby dynamit i wysadził w cholerę tę pieprzoną bramę. Tylko skąd tutaj na takim zadupiu o tej porze dostać dynamit. Nie ma szans. -  Tyle czasu i wysiłku idzie na marne! Ja... ja nie sądziłem, że to będzie kurwa takie trudne. 

- Spokojnie Jamie, jeszcze... - Winnie nie dokończył, bo wuj mu nie pozwolił. Nie wiedział już co robić, jak pomóc Beth i uspokoić Jamiego. Ich szanse malały z każdą minutą, lecz nadal walczył... Szansę tej dziewczyny także malały. 

- Skończ wreszcie z tym uspokajaniem i pocieszaniem  mnie! - wrzasnął wnerwiony Jamie. - Myślisz, że nie widzę jak wygląda rzeczywistość?! Wszyscy czterej wiemy jak to się skończy, więc lepiej daruj sobie takie gadki! 

- Jak ona mogła nas tak podle wydymać? - warczał Walker wkurzony na Phylis. Kręcił się teraz w kółko jak tygrys w klatce, licząc na to że to uspokoi jego emocje. Nie chciał powiedzieć, a nie mówiłem Jamie, żeby go nie rozzłościć na amen. Coś mu mówiło, że nie powinni wierzyć tej lasce tak do końca, choć fakt dużo im tej nocy pomogła w klubie... Kurwa, czemu nie mogła być taka lojalna do samego końca? - Mam na myśli Phylis oczywiście... Czemu nam to zrobiła? Zaufaliśmy jej. 

- Może ktoś inny miał na to wpływ. - Winnie wzruszył ramionami. - Na przykład Deng i jego kumple. Kto wie czy i jej nie skrzywdzą. 

- I co teraz? Będziemy tu tak stać do rana jak te debile i czekać aż ktoś przyjedzie i łaskawie otworzy te bramę? - Rozżalony Jamie kopnął w mur prawą  nogą i zaraz pożałował. Nieźle go to zabolało, a do tego chciało mu się sikać. - Moja biedna Beth, co teraz z nią będzie... 

- Gdybyśmy mieli przy sobie ten sprzęt do wspinaczki to może byśmy dali radę, ale... 

- Ale go nie mamy Kaze, bo mówiłeś żebym go wyciągnął z bagażnika i zostawił u siebie w mieszkaniu, pamiętasz? - Mówiąc to Mark postukał palcem w czoło Kurosawy. Mierzyli się wzajemnie zimnymi spojrzeniami. - I to był kurwa wielki błąd. Gdybyś się tego nie uczepił nie bylibyśmy teraz w dupie. 

- Eeeej Mark.. - warknął Japończyk i prawie zabił kumpla spojrzeniem. Miał wielką ochotę go odepchnąć, ale udało mu się pohamować. - Weź się lepiej zamknij albo ci przywalę w łeb. 

- No śmiało, przywal mi. Na co czekasz!? - odgrażał się rozdrażniony Mark. - Rozwal mi w końcu ten durny łeb! Pod warunkiem, że go dosięgniesz. 

- Hej, wy dwaj, przestańcie się do cholery przegadywac i zacznijcie myśleć, co możemy jeszcze zrobić! - krzyczał Winnie gwałtownie gestykulując. Był bliski płaczu. Już nie wiedział jak ma ratować dziewczynę, z którą zawsze był blisko odkąd stracił rodzonego brata. - Musimy coś wymyśleć, inaczej Beth zginie. Ruszcie głową. 

- Tu się już nic nie da zrobić, kapujesz Winnie? To koniec. Nie mamy w tej sytuacji żadnych szans... Zapomnij. 

- Co ty pieprzysz Jamie?! - wybuchnął rozgoraczkowany Winnie. Poraziło go to co usłyszał od wuja. Jakim prawem tak łatwo się poddawał. Beth czeka na pomoc, a ten stary uparty osioł zaczyna fiksować... -  Czy ty już całkiem... postradałes zmysły??? Nie możemy się teraz poddać, w żadnym razie. Nie możemy kurwa! 

- Dobra, panowie, wystarczy. Te durne sprzeczki w niczym nam nie pomogą. Jeśli nie przestaniemy to naszą ekipę trafi szlag... Okej, spróbuję się wdrapać na ten mur bez wspomagania i przedostać na drugą stronę. - Kazemaru patrzył na swoich towarzyszy śmiertelnie poważnie.

- Ale jak Kaze? Tak bez żadnego sprzętu? To przecież niewykonalne człowieku. - Jamie przecząco kręcił głową. - Jeszcze sobie krzywdę zrobisz, a my nie będziemy mogli do ciebie dotrzeć żeby ci pomóc. 

- Ty albo Mark mnie tylko podsadzicie, a o resztę zadbam już sam. Zaufajcie mi. 

- Poważnie Kurosawa? -  Walker nie wierzył w to co słyszy. Patrzył na Japończyka jak na pieprzonego kretyna, który nie wie co mówi. Jeśli spróbuje czegoś takiego, może to się dla niego skończyć tragicznie. Nie chciał o tym słyszeć. - To może lepiej od razu cię wystrzelić z rakiety, co? Nie wygłupiaj się stary, przecież widzisz jaki ten mur jest wysoki, nie dasz rady.  

- Nie zaszkodziłoby - skwitował Kazemaru śmiało patrząc w oczy Walkerowi. Kiedy już strzepnął  wodę z włosów i z ubrania dodał. - To może być nasza ostatnia szansa, zastanówcie się dobrze. 

- Boże, co tu robić? - Mark oparł dłonie na biodrach i wbił smutne spojrzenie w równie bezradnego Jamiego. - Idzie z nim zwariować. 

- To ja się przejdę, może znajdę jakieś inne wejście. Życzcie mi powodzenia, a ty się Kaze nie zabij przypadkiem - rzucił na odchodnym Winnie. Musiał ich na chwilę zostawić, żeby ochłonąć po tym wszystkim. Nerwy już prawie wykoleiły każdego z nich. Zupełnie nie panowali nad tym, co mówili i przez to stale się kłócili, choć nie tego chcieli. Powoli tracili resztki nadziei na ocalenie Beth. Jeszcze moment i się poryczy na maksa. 

- To jaka decyzja? - spytał Kazemaru. 

- Kaze, to nie jest dobry pomysł. Spadniesz i tam utkniesz. Czy Twój rozsądek naprawdę jest aż tak ciasny? Nie widzisz, że to czyste szaleństwo?!  

- Może i jest Mark ale innej opcji nie widzę!  - złościł się Japończyk. 

- Ja was na chwilę opuszczę, muszę się udać na stronę - oświadczył Jamie i szybko pobiegł w drugą stronę. 

- Ej Jamie, chwila... nie zostawiaj mnie teraz z tym desperatem! - wolał  za Wilsonem Walker. - Co jest? Sikanie nie może poczekać?!

- Z desperatem...  - parsknął Kurosawa. - Czasem bywasz na zabawny. 

- Cicho tam! - burknał Walker machający wściekle rękami. 

- To jak będzie? Pomożesz mi? - odezwał się znów Kurosawa wiedząc, że tylko bardziej wkurza przyjaciela. Właściwie mówił tylko do jego pleców. - No stary, weź... 

- Francowata ulewa - mruczał pod nosem Walker. Krew go zalewała, gdy tak moknął do suchej nitki. Jego perfekcyjną fryzurę już dawno trafił szlag. Odgarnal grzywkę do tyłu, żeby woda nie spływała mu na twarz. Nic go tak nie wkurzało jak mokra grzywka na czole. Miał ochotę zdjąć z siebie przemoczoną kurtkę i koszulę. - Zaraz dostanę świra. 

- Podsadź mnie Walker, szybko - odezwał się znów Kazemaru gotowy do tego, co zamierzył. Był tak zdeterminowany jak nikt w tej ekipie. Musiał dać radę. Kto jak nie on? Jest ich ostatnią nadzieją do ciężkiej cholery. - Muszę zaryzykować... nic innego nam nie zostało. 

- Jesteś pewny, że warto? Jej tam może nie być, a ty ryzykujesz na całego - powiedział  zrezygnowany Kanadyjczyk. Był coraz bardziej zdenerwowany i niespokojny. Ma pozwolić temu upartemu głupkowi się zabić i do końca życia to przeżywać? Nie, to nie jest normalne.  Na pewno nie jest. - Za jakie grzechy, kurwa mać? 

- Tak kurde, jestem pewien, pospiesz się - ponaglał przyjaciela zdenerwowany Japończyk. 

- No dobra, niech ci będzie... wskakuj mi na plecy i jazda. - Powiedziawszy to Mark kucnął, żeby Kaze mógł się wdrapać na jego plecy, a następnie wstał. - Trzymaj się mocno. 

- Matko, Walker... jaka szkoda, że nie jesteś nieco wyższy. - Kazemaru musiał się jeszcze trochę podciągnąć, żeby dosięgnąć dłonią szczytu. - Postaraj się jeszcze podciągnąć na palcach. 

- Co takiego? - spytał półgłosem Mark. - Chcesz powiedzieć, że nie sięgniesz? Jezu, nie wkurzaj mnie bardziej, bo wyjdę z siebie. 

- Najprościej by było znaleźć jakąś skrzynkę i na niej stanąć, wtedy na pewno by się udało. - Stanie na ramionach Marka nie było łatwe, ale utrzymał się. - Jeszcze trochę musisz się wysilić. 

- Nie chrzań mi tu Kurosawa o jakichś zakichanych skrzynkach, bo raczej ich tu nie ma, a po drugie to nie moja wina, że bardziej nie urosłeś - darł się zniecierpliwiony i obolały Walker. - Aaaaaaaj to boli, nie naciskaj tak mocno stopami na moje ramiona... Jezu Chryste, niech on już zejdzie.

- Nie bądź baba, zaciśnij zęby i walcz. Zaraz będzie po wszystkim - dopingował kumpla Japończyk. Cały czas głośno sapał na przemian z Walkerem. 

- A niech to szlag trafi... udało mu się... - syknął  do siebie zszokowany Mark, kiedy Kaze wreszcie zniknął z jego pola widzenia. Nawet nie zauważył, gdy to się stało, przeoczył ten moment. Teraz miał nadzieję, że Azjata przeżył tę swoją szaloną akcję. Spojrzał na swoje buty i przygryzł wargę. - Hej Kaze, żyjesz tam? Odezwij się do mnie dobra? - Miał cholerne wyrzuty sumienia, że mu pozwolił na to szaleństwo. Jeśli temu gościowi coś się tam stanie, to faktycznie żaden z nich nie będzie mógł mu pomóc, a wtedy... Kurwa nie.  Nie może go stracić za żadne skarby. - Kaze nic ci nie jest?! Odpowiedz debilu zanim dostanę zawału! 

- Spoko Walker, nic mi nie jest! - odpowiedział wreszcie Japończyk. - Tu była taka metalowa rura, pomogła mi odrobinę. Lekko się obtarłem jak się po niej zasuwałem, a tak poza tym nic mi nie jest. Idę się teraz rozejrzeć. 

- Taaaak, spoko... I tak jesteś idiotą! Cholernym desperatem, rozumiesz?! - Walker znów zadarł głowę do góry. Nadal nie mógł uwierzyć, że Kazemaru to zrobił. Kręcił głową z niedowierzaniem i mówił do siebie. - Cholerny świr, dosłownie trudno uwierzyć w to co on odwala... - Zaśmiał się nerwowo. - Ja pieprzę! 

Mark zdjął przemoczoną kurtkę, która zaczynała mu mocno ciążyć i położył ją na ziemi koło latarni. Nie minęły dobre dwie minuty, a już drżał z zimna. Kolejny raz poprawił mokruteńkie ciemne włosy klnąc pod nosem. Tak go teraz wkurzała ta grzywka, że coś niepojętego. Żeby odwrócić uwagę od denerwujących mokrych włosów zaczął myśleć o gorącym nagim ciele swojej nagiej seksownej bogini. Jeszcze o szóstej rano była tak blisko i bzykali się jak opętani w jego cieplutkim wyrku. Odleciała przy nim aż cztery razy, a on również nie mógł przestać szczytować przepełniony jakąś dziwną mocą. Krzyczał na cały głos, gdy Maggie energicznie kołysała cudownymi zgrabnymi biodrami jakby siedziała w siodle i dociskała jego męskość. Pozycja na jeźdźca była jego ulubioną pozycją, zwłaszcza, gdy ta dziewczyna ujeżdżala go z całą swoją dzikością... Gdy wyszła z mieszkania długo jeszcze walczył ze swoim pobudzonym penisem pragnącym więcej erotycznych doznań. Boże jak dobrze, że wróciła. Dawała mu nie tylko dużo rozkoszy, ale też troskę i poczucie stabilności. Tego potrzebował, nie mógł temu zaprzeczyć. 

- No nareszcie - powiedział cicho, gdy usłyszał swoją komórkę. Prędko wyjął telefon z kieszeni w spodniach i odebrał na głośnomówiącym. Nie chciał żeby się rozłączyła. - Hej Kochanie, co słychać? Czemu się tak długo nie odzywałaś? Jesteś w domu? 

- Przepraszam cię, dopiero wylądowałam w Ottawie. Miałam wyciszony telefon i trochę spałam - odpowiedziała głosem, który faktycznie wskazywał na to że była zaspana. - A co u ciebie? 

- W Ottawie? - Mówiąc to Walker wyciskał wodę z włosów wolną ręką. - Nic nie wspominałaś, że się tam wybierasz. Czemu tak nagle? 

- Bo to było nagłe Słonko. Wszystko ci wyjaśnię jak wrócę. Mam tu coś do załatwienia. A ty jesteś w domu czy nadal się gdzieś szwendasz po mieście? Mów szczerze. 

- Jestem w pracy... z Kazemaru. Musimy pomóc naszemu nowemu szefowi w jednej sprawie... To też jest dość pilne - wyjaśnił spokojnie, a jego ton był najczulszy na świecie. - Myślałem, że wrócę do domu na noc, ale wszystko nagle się odwróciło i nie dało rady. Pojechaliśmy za miasto. 

- Mam tylko nadzieję, że się nie narażasz w żaden sposób. - Jej głos był taki ciepły i czuły, w stu procentach wyrażał to co do niego czuła. - To co mówisz trochę mi śmierdzi problemami. 

- Jego córka niespodziewanie zniknęła, a my nie możemy go teraz zostawić. Facet jest naprawdę załamany... Musimy ją odnaleźć. 

- Boże, jednak się narażasz. Wystarczy cię tylko na chwilę spuścić z oka, a zaraz zaczynasz szukać problemów z tym swoim kumplem Japończykiem. Jeśli to coś niebezpiecznego, masz się od razu wycofać, inaczej będę tu umierała ze strachu... Mark, błagam cię, nie narażaj się. Nie mogę cię stracić. Czy ta kobieta naprawdę jest warta takiego ryzyka? 

- Nie martw się, nic mi nie będzie. Po prostu jeździmy i szukamy jej, nic więcej. - Nienawidził się za te kłamstwa i to bardzo, nie mógł jej jednak wszystkiego opowiedzieć, bo by zaraz spanikowała. Jak miał jej powiedzieć o tym, że specjalnie się naraził w tamtym klubie, żeby ratować te Azjatki? Niewykonalne. Rozczuliło go za to, że tak się o niego martwiła. Od jego rozstania z Jill, Maggie była jedyną kobietą, która naprawdę się nim przejmowała, każdym jego złym nastrojem.- Kiedy wracasz do Vancouver? 

- Najdalej za trzy dni - odparła smutno Maggie. - Przykro mi Walker. 

- O Jezu nieeeeeee, proszę cię. Nie da się szybciej tego załatwić? Kochanie... przecież ja tu umrę z tęsknoty do tego czasu... Litości. - Oparł się całym ciałem o mur i przejechał dłonią po mokrych włosach. Zamknął oczy, żeby deszcz nie padał mu prosto do nich. - Ja już umieram. 

- Ja także... wiesz o tym. Tak trudno mi bez ciebie funkcjonować, ale nic na to nie poradzę. Muszę załatwić tę sprawę... Przepraszam naprawdę. 

- No dobra, rozumiem. - Mark próbował przekrzyczeć burzę, która była naprawdę super głośna. - Jakoś to wytrzymam! 

- Czy tam u was bardzo pada? Słyszę burzę. 

- O tak, okropnie. Prawdziwa ulewa. Przemoklem do suchej nitki i wyglądam jak pieprzony szczur... Koszmarny widok. 

- Kochanie, muszę kończyć, ciotka już jest. Uważaj na siebie proszę, żadnych wariactw do mojego powrotu. Jak wrócę liczę na kolejny wspaniały seks. Chcę znów przy tobie odlecieć. 

- Rano odleciałaś aż cztery razy - przypomniał jej Mark i uśmiechnął się do ekranu.  - Tak, mnie też było tak dobrze jak tobie. Gwarantuje. 

- Nie wątpię, że było ci dobrze. 

- To był kosmos, w kilka sekund zobaczyłem całą drogę mleczną. - Roześmiał się. 

- Co to jest cztery razy? Chyba żartujesz. - Zaśmiała się, a po chwili milczenia dodała. - Trzymaj się Walker, bardzo cię kocham. Pa. 

- Wzajemnie Maggie, na razie - odpowiedział na pożegnanie i pierwszy się rozłączył. Szybko schował do kieszeni mokry telefon. Nie powinien gadać na burzy, gdy tak lało, ponieważ groziło to sporym niebezpieczeństwem. Dopiero co moralizował na temat ryzyka, a teraz to jemu odwaliło. Potrzebował jednak tej rozmowy, musiał usłyszeć głos swojej bogini. Tęsknił tak bardzo, że aż go to przerażało. Jill nigdy nie budziła w nim takich uczuć. Szkoda, że nie mógł się tym podzielić z bratem bliźniakiem. Byłoby cudownie móc pogadać z nim o Maggie. Luke cieszyłby się, że ma kobietę, która za nim szaleje. - Co ze mną jest do licha? 



Z rozmyślań wyrwały go trzy głośne strzały. Odsunął się od muru i rozejrzał dookoła niezwykle dokładnie. Nikogo nie dojrzał. Skąd dochodziły te cholerne strzały? Kto strzela, gdzie i do kogo? Który gość z tej ekipy znalazł się w niebezpieczeństwie, Winnie, Jamie czy Kazemaru? Nie chciał by z nagła ogarnęła go głupia panika, ale ona sama wdarła się do jego wnętrza i robiła co chciała. Musi nad tym zapanować i to jak najszybciej. Zaczął wołać swoich towarzyszy, ale żaden się nie odezwał, więc uznał, że po prostu go nie usłyszeli. Sięgnął znowu po telefon komórkowy i włączył latarkę, żeby rozproszyć mrok na ulicy. Coś kazało mu iść w kierunku zalesionego terenu czyli tam gdzie się udał Jamie. Posłuchał wewnętrznego głosu i żwawo ruszył przed siebie. Może to właśnie Wilsonowi groziło niebezpieczeństwo i skorzystał z broni, żeby się obronić. Dobrze, że sam miał przy boku swojego colta. Ciekawe gdzie się podziewał młody Wilson. Powinien już wrócić. Gdzie on poszedł? Ponownie rozległy się strzały - dokładnie trzy - a Mark prawie podskoczył w miejscu, szedł jednak dalej nie zważając na deszcz i grzmoty. Nagle przestało mu przeszkadzać, że jest całkiem mokry, zapomniał nawet o swojej ulubionej skórzanej kurtce. Gdy zajdzie konieczność wyciągnie swoją broń i zacznie strzelać. Doszedł do skraju lasu i znów się rozejrzał. Z daleka zobaczył niewyraźną męską sylwetkę z psem na smyczy idącego brzegiem szosy. Facet najwyraźniej podążał w innym kierunku, nie musiał się zatem nim przejmować. Powoli się oddalał aż całkiem zniknął z horyzontu. 




- Jamie, gdzie ty do cholery jesteś?! - wołał podenerwowany Walker wchodząc w gąszcz drzew. Ścieżka, po której przyszło mu iść była wąska i niewygodna. Co rusz haczyl wszystkimi kończynami o gałęzie krzaków i drzew. Było gęsto jak w dżungli. - Jamie, to ja Mark, odezwij się! Jamie! - Przeszedł po bardzo starej kładce nad niewielkim strumykiem, która okropnie trzeszczała pod stopami. Miał wrażenie, że się pod nim załamie. - Co tu się kurde dzieje? 

- Tu jestem Walker! - Głos Jamiego wydawał się dziwnie nienaturalny. Jakby z trudem mówił. Coś było bardzo nie w porządku. - Szybko! 

- Gdzie jesteś?  Nie widzę cię!  - Mark biegł przed siebie tak szybko jak tylko mógł raniąc przy tym gołe ramiona, szyje i twarz. Nic, trudno, jakoś to przeżyje. Kiedyś się te rany zagoją, nie to jest akurat najgorsze. Najbardziej bał się, że Jamie dostał kulkę i że grozi mu śmierć. Jeśli ktoś zaatakował Wilsona to nadal jest w pobliżu i chętnie zaatakuje też jego. Musi być gotowy. Jak wyjdą z tego żywi to będzie prawdziwy cud. - Jamie! 

- Tutaj! - krzyknął Wilson i zaczął w końcu machać rękami, żeby Walker go dostrzegł. On jego widział. -  Macham ci. Widzisz moje ręce?

- No mam cię wreszcie Jamie. Wszystko z tobą dobrze? Słyszałem strzały. - Walker pochylił się nad klęczącym na ziemi Wilsonem i położył mu rękę na ramieniu. Czuł się lekko zdezorientowany. Ten wielki, silny facet grający czasem groźnego typa wyglądał teraz na kompletnie rozwalonego i bezbronnego. Twarz zalewały mu łzy. Aż serce bolało jak się na niego patrzyło. Mark osłupiał, gdy jego wzrok padł na ciemny worek, który kojarzył mu się tylko z jednym. - Co jest grane? Co to jest? - Durne pytanie Walker. Ale z ciebie debil. To chyba jasne że zwłoki. Jezu Chryste. 

- Znalazłem... ciało. - Wilson ledwo oddychał, jego lewa dłoń spoczywała na piersi. Wyglądało jakby przechodził zawał. Miał ochotę wyć na cały głos z rozpaczy.  Cholerny ból dosłownie rozsadzał mu klatkę piersiową. - Było tutaj, w pobliżu. Ledwie zdążyłem zrobić to po co tu przyszedłem i wtedy to zobaczyłem... O Jezu...  ja chyba wariuje. 

- O kurwa... co to za zwłoki? Czyje? - Przerażony Walker wpatrywał się w worek, nad którym pochylał się zrozpaczony Jamie. O nie... to nie mogło być ciało Beth. Nie mogło! W jednym momencie oczy zaszły mu łzami i poczuł, że brak mu tchu. Przez dziesięć sekund łapczywie łapał powietrze, jak ryba wyjęta z wody. To co czuł było straszne. - Nie, Jamie, nie mów mi, że... to jej ciało... Błagam. - Nogi się pod nim ugięły i osunął się na ziemię uderzając głową w pień pobliskiego drzewa. Bolało, ale zignorował ten ból. Gorsza była świadomość, że mógłby patrzeć na ciało zabitej Beth Jones. - Boże nie, nie wierzę w to... To niemożliwe.... Nieeeeeee. - Zasłonił oczy i zaczął rozpaczliwie łkać. Nie mógł tego zaakceptować. To już było za wiele. Ktoś taki jak Elizabeth Jones nie mógł w ten sposób skończyć.

- To jej opaska, była przy zwłokach. Miała ją dziś na głowie jak wychodziła z domu... Co to może znaczyć według ciebie?! - Wilson popatrzył na kompana z mieszanką złości i politowania, ale w głębi duszy rozumiał Marka. To zupełnie normalne, że młody wypierał ze świadomości to co zaszło.  - Wybacz, jestem wykolejony. 

- Ktoś mógł specjalnie podłożyć tę opaskę żebyśmy myśleli, że Beth nie żyje, ale przecież to wcale nie musi być ona! - wyrzucił z siebie po dłuższym czasie Walker. Był w totalnym amoku, rozżalony i rozgoraczkowany. Nie chciał dopuścić do siebie myśli, że to ciało Beth. Niespodzianie dopadły go potworne mdłości i w końcu zwymiotował. 

- Zrobiłeś co mogłeś, żeby ją odnaleźć. To nie twoja wina, że tak się to skończyło. - Jamie mówił cicho patrząc smutno na swojego kompana. Nie spodziewał się, że Mark tak emocjonalnie to odbierze... Biedny chłopak przeżywał to równie mocno. - Dziękuję ci za wszystkie wysiłki. 

- Słyszałem strzały kiedy tu szedłem - oznajmił Walker łamiącym się głosem. - Kto do ciebie strzelał? Widziałeś typa? 

- Nikt do mnie nie strzelał, spokojnie. - Jamie kręcił przecząco głową i czule głaskał worek wielkimi dłońmi. Nagle znów się pryczał. Serce bolało go niewyobrażalnie. Mógł teraz zejść na zawał i mieć spokój z tym wszystkim. Bez niej wszystko było bez sensu. Nie będzie w stanie żyć bez tej dziewczyny. 

- W takim razie to musiał być Winnie. Może ktoś go zaatakował, a on się bronił i zaczął strzelać. - Mark podwinął długie nogi pod brodę i zamknął na chwilę piekące oczy. Wciąż z trudem oddychał i drżał na całym ciele. Dosłownie nim telepało. Wiedział, że jeszcze długo będzie go to wszystko prześladowało w koszmarach. Kolejne traumatyczne przeżycie musiało odcisnąć piętno na jego zasranym życiu. - Żeby tylko nic złego mu się nie przytrafiło. Kurosawie też. 

- No właśnie. Też się tego obawiam. - Po tych słowach Jamie się rozkaszlał i długo nie mógł tego opanować. - O matko, co ze mną jest? 

- To musi być podpucha z tym ciałem. To nie może być ona. Ktoś chce żebyśmy w to uwierzyli i dali sobie spokój z poszukiwaniami... Cholera, gdybym był odważny zaglądnął bym do worka, ale boje się, że potem już nigdy nie zasnę.

- Synu... ja też nie chce, żeby to była Beth. Serce mi pęka na samą myśl, bo w końcu jestem kurwa jej ojcem i to mnie będzie najtrudniej się z tym oswoić... Rozumiem, że mocno to przeżywasz,  ponieważ trudno coś takiego zaakceptować, jednak muszę prosić, żebyś tak bardzo się w to nie angażował... To bez sensu. 

- Tego się nie da zaakceptować. - Głos Marka był ledwo słyszalny. Przyciskał dłonie do czoła. - Dobrze to wiesz. 

- To prawda... Nie da się. 

- To nie była ona, mówię ci.  -  Walker podniósł głowę, żeby spojrzeć na swojego pracodawcę, a łzy strumieniami lały mu się po policzkach. Już nie nadążał z wycieraniem twarzy. Płakał, ponieważ było mu ogromnie żal Beth i jej bliskich, poza tym dopiero niedawno ją poznał i obiecał, że znajdzie jej brata za wszelką cenę. Nie mogła odejść wcześniej. Być może wmawiał sobie, że to nie jej ciało spoczywa w tym worku, żeby nie oszaleć. Tymczasem niepewność była straszna, wręcz zabójcza. Już dawno czegoś takiego nie przeżywał. - Zostaw te zwłoki, idziemy stąd. Będziemy dalej szukać Elizabeth. - Wstał z ziemi trzymając się drzewa. Okazało się, że może już normalnie chodzić i nie kręci mu się w głowie. - Jamie... 




- Nie możemy tu zostawić tego ciała Mark. - Wilson nie chciał wstać z ziemi. Ciągle tulił do siebie worek ze zwłokami. - Moja biedna dziewczynka, moja Beth... Nie wiem dlaczego mi to robisz Boże? Czemu chcesz mi odebrać jeszcze ją? Nie możesz, jeśli chcesz żebym dalej żył. 

- Jamie idziemy, jazda! - krzyknął rozdrażniony Walker. - Chyba nie chcesz żeby Winnie to zobaczył i też cierpiał. Myślę, że mu wystarczy na dziś. Idziemy. - Znowu musiał wytrzeć twarz. Ostatnie słowa biednego Wilsona strasznie go poruszyły. Tracił wolę życia. 

- A co jeśli to jednak ciało Beth? Kto je tu potem znajdzie? Co jeśli zabierze je ktoś niepowołany? - Jamie żywo gestykulował. - Musimy ją przecież pochować. 

- Ktoś miejscowy je znajdzie i wezwie gliny. Ludzie tu łażą z psami na spacer. - Walker potarł palcami skroń koło lewego ucha. - Zobaczysz, że tak będzie. - Pomógł Jamiemu wstać z ziemi. Praktycznie go zmusił do wstania. Gdyby był sam zapewne by został z tym workiem... Na zawsze. Nie mógł mu na to pozwolić.  - Chodźmy. 

-  Tak mi źle. Tak cholernie ciężko. - Wilson spuścił głowę. Po policzkach popłynęły kolejne łzy. - Nie zniosę tego.

- To nie ona, tak sobie mów. Dopóki nie uwierzysz - cisnął bezlitośnie Walker. - To ci pozwoli przetrwać. 

- Eeeeeej Walker... jak to z tobą jest? Czy ty w ogóle nie masz żadnych wątpliwości? Skąd u ciebie ta pewność, że to nie jej ciało. - Jamie przysunął się do Marka i przenicował go wzrokiem na wylot. Próbował wysondować czy chłopak kłamie czy nie. W przypadku siostrzeńca zawsze wiedział kiedy ten kłamie, lecz Mark to był Mark. Z nim nie było to takie łatwe... Albo tylko tym razem robił wszystko żeby emocje go nie zdradziły. - Trudno cię rozgryźć. 

- Jasne, że nie mam wątpliwości - skłamał Walker. Oszukiwał, bo nie chciał już ciągnąć tego tematu. Ta niepewność nadal targała nim na wszystkie strony, wypruwała flaki. - Najzwyczajniej w świecie ufam swoim przeczuciom, a one są takie, że Beth żyje. Nie rozumiem czemu się tak upierałes przy tym, że w tym worku są jej zwłoki. Nawet nie zajrzałes do środka. To przez tą głupią opaskę na włosy... Czemu miałbym się tym kierować, a nie własnymi przeczuciami? Nie ogarniam tego. 

- Ty też kurwa nie zaglądałeś, ale obstajesz przy swoim jak jakiś uparty osioł... Cholera jasna, już dawno nie spotkałem tak zawziętego gościa. - Przez chwilę poważnie zastanawiał się nad tym czy nie obrać takiej samej metody jak Walker, może wtedy byłoby mu łatwiej to wytrzymać. Wiara przenosi góry, tak mu powtarzała babcia i mocno w to wierzyła. Mark wierzył, że Beth nadal żyje i nie zamierzał się poddawać. On też nie powinien. Boże. 

- Słuchaj Jamie, ostatecznie możemy jeszcze pojechać do tej przyjaciółki Cho i wycisnąć z niej co wie o porwaniu Beth i o Dengu - zaczął Walker chwilę później, gdy Jamie już się uspokoił. - Jestem pewien, że coś jej się obiło o uszy, skoro od dawna kręci z tym skurwysynem... Rozważałeś to? 

- Masz na myśli naszą kelnerkę Ruth? - Jamie zrobił wielkie oczy. Nie, nie, tego na pewno nie brałby pod uwagę. Za dobrze znał tego sukinsyna Cho. - Nie, raczej nie wierzę, że Cho powiedział jej o porwaniu Elizabeth. Nie jest aż tak głupi, daj spokój. Jeśli go dobrze znasz to wiesz, że byle komu nie zaufa. Ruth to dla niego kolejna płotka, a takich to on ma u siebie na pęczki... Przykre, ale prawdziwe młody. 

- Jakiś czas temu nauczyłem się że w życiu wszystko jest możliwe - powiedział stanowczo Mark. - Ciekaw jestem gdzie jest granica w tym przypadku. 

- Dobra Walker... nie zaszkodzi nam spróbować. To chyba nasza ostatnia szansa. Jeśli rzeczywiście wydusimy coś z tej laski to chyba postawię ci pomnik. 

- Cudownie... A teraz musimy sprawdzić czy Kurosawa żyje. 

- Wybacz, że się tak rzucałem, ale chyba spanikowałem. Poza tym musisz wiedzieć, że jak się bardzo zdenerwuje to dużo i głośno gadam. Taki już jestem. - Mówiąc to przedzierał się przez gęste zarośla.  Chciał jak najszybciej dotrzeć do głównej drogi.  Wkurzało go, że cały czas czepiały się go jakieś gałęzie. 

- Prawie dostałem zawału jak zobaczyłem że się pochylasz nad tym czarnym workiem, ale to nic. - Walker odwrócił się i mrugnął do kompana okiem, a następnie poprawił włosy, które zdążyły już odrobinę wyschnąć. - Nie przejmuj się. 

- Jesteś ranny. - Wilson uważnie przyglądał się ranie na ramieniu Walkera. Wyglądało to nieciekawie. - Dla bezpieczeństwa wziąłbym szczepionkę na tężec przy najbliższej okazji. Rana wygląda brzydko, serio. - Podrapał się po zarośniętej skroni koło prawego ucha. 

- Jakoś to przeżyje... Cały jestem odrapany przez te pieprzone gałęzie. 

- I przemoczony do suchej nitki. 

- Ty też musiałeś przemoknąć. Lało jak z cebra przez dłuższy czas.  Dobrze, że się już uspokoiło. 

- Trzeba się w końcu stąd wydostać. 

- Spokojnie, szosę już praktycznie widać. - Powiedziawszy to Walker zaczął biec, tak szybko jak tylko był w stanie. Jamie pospieszył za nim. 




- Wieki na was czekamy ludzie  - oznajmił Winnie, gdy długo wyczekiwani członkowie ekipy wreszcie do nich dołączyli. Jemu oczywiście towarzyszył trochę poobijany Kazemaru. - Coście tam robili w tym lesie? - Skrzyżował ramiona na piersi. 

- Trochę zabłądziliśmy - skłamał Jamie. - A poza co można robić w lesie? Zastanów się. 

- Opróżnić pęcherz, postawić kloca albo nazbierać grzybów - odpowiedział bez wahania Winnie. - Nie patrzcie tak. Podałem logiczną odpowiedź. 

- Noooo, ten to miał chyba twarde lądowanie - Mark pokazał palcem na Japończyka po czym podszedł do przyjaciela i zaczął oglądać jego zranione czoło. - Ojej, ale paskudny guzior.

- Sam nie wyglądasz lepiej - rzucił do przyjaciela naburmuszony Kurosawa. - Przynajmniej wróciłem do was w jednym kawałku. Zdaje się, że o to chodziło. - Dotknął guza który wyrósł nad czołem. 

- Miło, że się nie zabiłeś. - Walker uśmiechnął się półgębkiem. - Jak ci się udało wrócić spryciarzu. 

- Ogarnij się, bo cię Lucy Lu nie pozna - podsunął Winnie. 

- Już to słyszałem Wilson. - Mark schylił się i podniósł swoją kurtkę z ziemi. Szybko ją założył, choć nadal była okropnie mokra. Mógł ją najpierw wycisnąć z wody. 

- O twojej panience to już nawet nie wspominam - dogryzał dalej Kazemaru. 

- Znalazłeś coś w tej ruderze Kaze? - odezwał się do Japończyka Jamie. 

- Nic. Nikogo tam nie było. Pusto i głucho. Może sukinsyny się wyniosły zanim Phylis podała nam namiary na to miejsce... Nie sądzę, że zrobiła nam to specjalnie. 

- Więc ta sypiąca się rudera była tylko kolejną stratą czasu - złościł się Walker. - Tak myślałem. 

- Nic mi nie mów - burknał wkurzony Winnie i podparł boki. - Nawet nie chce się zastanawiać co teraz dzieje się z Beth. Gdzie jeszcze możemy jechać? 

- Czekaj młody, Walker podsunął mi pewien pomysł - powiedział spokojnie Jamie patrząc na siostrzeńca. 

- Jaki? - Winnie od razu nadstawił uszu. To go podniosło na duchu, że jeszcze jest jakaś szansa. Może wreszcie odnajdą Elizabeth. - Dzięki ci Boże za Walkera. - Miał ochotę wyściskać faceta. 

- Jedziemy do Ruth i spróbujemy ją przycisnąć. Może coś nam powie o Beth. 

- Która Ruth? Ta barmanka od was? - spytał Japończyk. Trochę się zdziwił. - Myślicie, że ona i Cho są ze sobą tak blisko, żeby się z nią dzielił takimi informacjami... No nie wiem. 

- Tak, tak, cholera. To jest to - ucieszony Młody Wilson zatarł dłonie. - Że ja na to nie wpadłem wcześniej. Ona faktycznie może coś wiedzieć. Jak się ją dobrze przyciśnie to na bank go sypnie. 

- Jestem pewien, że ta laska jest w stałym kontakcie z Cho, który akurat jest w Pekinie - odezwał się znowu Walker.  

- Eeeeej... ale on wcale nie jest w żadnym pieprzonym Pekinie - sprostował szybko Kazemaru. - Niedawno usłyszałem od Meidy, że wczoraj około dwudziestej drugiej Cho imprezował z burmistrzem miasta w pewnej knajpie o nazwie Zły pies niedaleko ratusza. Ponoć koło północy przyjechały gliny i obaj dostali mandat za zakłócanie ciszy nocnej... Niesamowita historia, przyznajcie. Nie poznali burmistrza i wlepili mu mandat. 

- No to dopiero news - parsknął osłupiały Winnie. - A skąd Meida o tym wie?

- Widział w nocnych wiadomościach i zaraz do mnie zadzwonił - odparł Kaze. - Wie że go szukamy. 

- Moment... jeszcze raz... Mówisz, że gdzie ten sukinsyn wczoraj był i z kim? - Mark chciał upewnić się, że na pewno dobrze usłyszał. - Z burmistrzem, tak?... Nie no weź, to już jest totalne kurestwo. Jaaaaaaaa! 

- A z kim innym mógłby być? Przecież nie z prezydentem USA -  zadrwił Kaze i mrugnął do przyjaciela okiem. 

- Kurosawa... ja pitolę. Coś bardzo ci się wyostrzył dowcip ostatnio. - Walker kiwał głową w geście dezaprobaty. - Szkoda tylko, że ani trochę nie jestem w nastroju do żartów. Wyobraź sobie, że w chwili obecnej mam wielką ochotę kogoś kurwa zaciupac, a ty... najzwyczajniej w świecie sobie ze mnie żartujesz... Mógłbyś przestać? 

- Dajcie mi tego burmistrza, zatłukę drania - powiedział wkurzony Winnie. - Facet naprawdę ma źle w głowie, jeśli uważa, że warto się zadawać z taką gnidą jak Cho i czerpać z tego korzyści. 

- Spokojnie Winnie, do nowych wyborów niedaleko - pocieszył siostrzeńca Jamie. - Wkrótce skończy się to jego kurestwo. 

- O ile Cho nie zapewni mu kolejnej kadencji. Wygląda na to, że ten bury kundel siedzi mu w kieszeni. - Młody Wilson znów się zachmurzył i zacisnął pięści. - Boże, jak ja nienawidzę takich skorumpowanych śmieci. 

- Ja mu kurka dam imprezowanie z burmistrzem. Teraz go znajdę, choćby się zapadł pod ziemię. - Walker czuł, że czara goryczy się przelała. Mało go szlag nie trafił. - To był ostatni raz kiedy Cho nas tak wydymał! Ostatni! 

- Dobrze chłopaki, zmiana planów. Jedziemy prosto do domu tego sukinsyna - zdecydował Jamie. 

- Aha... A do którego? Bo podobno ma pięć w samym Vancouver - odezwał się Japończyk. - Dwa z basenem i jeden z polem golfowym.  Już nieraz mnie kusiło żeby do tego basenu wrzucić stado pirani. 

- Do tego, który najbardziej lubi Kurosawa - odparł Jamie i lekko się uśmiechnął. 

- Słuchajcie panowie... myślę, że znam pewną zdolną dziennikarkę, która szybko może spierdolic karierę panu burmistrzowi i to za sprawą jednego burzliwego artykułu... - Winnie powiódł wzrokiem po swoich towarzyszy. Patrzył śmiertelnie poważnie. - Co wy na to? 

- Oooooooooo żesz ty! - krzyknął zachwycony Walker. - Nie chwaliłeś się, że masz takie znajomości. Kiedy możesz się do niej wybrać?

- Jak najprędzej Walker. Ona ma świetnych informatorów.  

- Dobrze chodźmy już. Może do świtu się wyrobimy - marudził Jamie. - Szkoda, że tak daleko zaparkowaliśmy bryki. 

- Nie chcieliśmy przecież, żeby się rzucały w oczy - przypomniał Winnie. - Daleko to mamy do domu Cho. Ja bym był za tym, żeby najpierw jechać do Ruth, może właśnie u niej teraz siedzi. Przynajmniej jest po drodze do Casablanki. 

- Co ty nie powiesz. - Jamie zmarszczył brwi. Dalej biegł przed siebie. Żwawo. W bieganiu akurat był ciągle dobry, choć nie lepszy od Kazemaru. 

- Jeśli mam rację... - upierał się młody Wilson. 

- Dobrze, zastanowimy się nad tym jak wrócimy do miasta. 

- Masz, możesz ją teraz prowadzić jak chcesz. - Kazemaru wręczył Walkerowi automatycznego pilota, gdy zbliżali się do miejsca, gdzie zostały oba samochody. 

- A tobie co? - zdziwił się Kanadyjczyk. - Dobrowolnie oddajesz mi kierownicę.  Patrzył na Japończyka jak na kosmitę. 

- Bierz i się nie pytaj - poradził Winnie, który już stał przy swoim Subaru. Miał teraz pojechać z wujem. 

- Tylko dzisiaj, nie ciesz się za bardzo. - Kurosawa patrzył na kumpla kątem oka. 

- Jezuuuu... stary. - Walkera rozpierała radość i podniecenie. Na myśl o tym, że znów będzie prowadził Mazdę Kurosawa wprost pękał ze szczęścia. - Na pewno? 

- No nie. Oddawaj pilota próżniaku. - Kaze wyciągnął rękę po pilota. - Jazda. 

- Aaaaaaa, takiego... - Walker zacisnął dłoń w której trzymał pilota i odwrócił się do Japończyka plecami. Nagle naszła go jeszcze bardziej podniecająca myśl. Co by Maggie powiedziała na seks w takim wozie na tylnym siedzeniu? Prawdopodobnie zwariuje z zachwytu... Oczywiście nie przyzna się Kaze do swoich niecnych zamiarów, bo ten zamiast oddać mu Mazdę z pewnością go poszatkuje jak warzywa do ramenu. 

- Ostatni raz ci oddaje tę kierownicę - mruczał Japończyk, kiedy usiadł na fotelu obok kierowcy. Zapiął pas bezpieczeństwa. 

- Tak wiem, wiem. - Walker pokiwał głową i uruchomił silnik. Po chwili ruszyli z piskiem opon. - Jasna sprawa. 

- To gdzie w końcu jedziemy Walker? 

- Najpierw do centrum, a potem się pomyśli. Chyba, że Jamie wcześniej zadzwoni i powie na co się zdecydowali. Czekamy zatem na ich decyzję. 

- Ja też bym najpierw jechał do tej barmanki Ruth. Serio - przekonywał Japończyk. Zobaczył, że Subaru Winniego ich wyprzedza. 

- Mimo, że masz wątpliwości co do tego czy na pewno coś wie?... Bezsens. 

- Fakt, czasem zdarza mi się robić coś bez sensu 

- Mało dziś nie padłem trupem w tym lesie - oświadczył Walker przerywając dłuższe milczenie. 

- Czemu? - Podciągnął rękawy do góry, a następnie przeczesał palcami gęstą czuprynę. 

- Jamie znalazł zwłoki i uparł się, że to ciało Beth. Kiedy go znalazłem klęczał nad czarnym workiem i płakał... To było straszne. W życiu nikt mi nie narobił takiego stracha. Porzygalem się z nerwów, a serce tak mi waliło, że myślałem że wyskoczy z piersi... Miałem wrażenie, że on zejdzie na zawał Kurosawa i że zostanie mi tylko go tam pochować. 

- Co ty do mnie gadasz? Jakie zwłoki? Ja pieprzę...  - Kaze aż podskoczył na siedzeniu. - Macie chociaż pewność, że to rzeczywiście nie były jej zwłoki? Zagladaliscie do tego worka?

- Nie zaczynaj teraz ty!  - wkurzył się Mark i docisnął pedał gazu. - Nie ma takiej opcji rozumiesz? To nie były jej zwłoki, ona żyje. Wbij to sobie do tej pustej głowy. 

- Bardzo możliwe, że tylko to wypierasz? - Mówiąc to Kurosawa patrzył w przednią szybę. - Tak robią osoby, które są w ciężkim szoku... Oczywiście trzymam mocno kciuki, żeby nic się tej Beth nie stało, ale wiesz jak jest... 

- Przestań już chrzanić kurwa! Nawet nie gadaj takich rzeczy! - Walker prawie stracił panowanie nad cudownym wozem Kaze. W ostatnim momencie wyhamował przed zakrętem. Ciarki mu przeszły przez kręgosłup. Tak łatwo było się w coś wpieprzyć tym super szybkim autem. Wystarczyło na moment stracić kontrolę nad kierownicą i po sprawie. Może nie powinien prowadzić samochodu po tym co zaszło w lesie. - Nie możesz nawet tak myśleć, kapujesz? Jezus Maria, oszaleje przez was. Jesteście... nienormalni. Jak tak można! 

- Miejmy nadzieję, że ten czarny scenariusz się nie spełni, trzeba jednak... 

- Zamknij się, dobra? Już nic do mnie nie pierdol dopóki nie dojedziemy na miejsce. Muszę się teraz skupić tylko na jeździe, inaczej zjadę do rowu i po nas. Tego chcesz? 

- Łatwo cię ostatnio wyprowadzić z równowagi. Dawno taki nie byłeś... Co się dzieje? - Spojrzenie bijące z ciemnych jak noc tęczówek Japończyka pełne było troski. Był pewien, że u Walkera nie wszystko jest w porządku, jeśli tak łatwo traci równowagę. 

- Jezu, kazałem mu być cicho, a ten dalej do mnie gada. Nie mam siły... - Wpatrzony w dużą szybę przed nim Walker mamrotał po cichu. Krajobraz za oknem był słabo widoczny, bo znów zaczęło padać. Nagle rozbolała go głowa. - Muszę zajarać albo tu zdechnę. Czemu ta jazda ciągnie się w nieskończoność? 

- Jaka szkoda, że nie pozwalam ci palić w samochodzie. Lucy ci pewnie pozwala. - Kaze wziął do ręki zapalniczkę Walkera i zaczął się nią bawić. Jego kumpel zerkał na niego kątem oka. - Jest zbyt wspaniałomyślna. 

- Jezu, ale to jest zabawne. Nie wytrzymam. - Mark wołał nie widzieć teraz lisiego uśmiechu Japończyka, bo mógłby go jeszcze wysadzić na środku drogi. Na samą myśl, że ten dożarty Azjata bezczelnie bawi się jego zapalniczką chciał go trafić szlag. - Jeszcze słowo i pójdziesz pieszo. Przysięgam.

- Ty patrz.. zatrzymali się na środku drogi - zaalarmował przyjaciela Kazemaru, który cały czas uważnie śledził drogę, którą jechali. Dziesięć minut temu przekroczyli granicę miasta Vancouver. - Dlaczego? Nie mów, że znów coś się święci. 

- Aaaaah, co znowu?! - Mark gwałtownie zahamował. Niewiele brakowało, a znaleźliby się w rowie. Niech to szlag. - Boże, tylko bez kolejnych cudownych niespodzianek. - Uderzył mocno dłonią w brzeg kierownicy, potem jeszcze dwa razy. 

- Nie wiem o co biega, ale nie podoba mi się to. - Kazemaru miał złe przeczucia, a te lubiły się sprawdzać. Zawsze. Niepokój pojawił się niespodziewanie, tak zupełnie znikąd. Nie dało się go tak przepędzić.

- Mam sprawdzić co u nich? - Kanadyjczyk wbił wymowne spojrzenie w kumpla. Już odpinał pas bezpieczeństwa.  Strasznie mu się chciało palić.  Miał wrażenie, że jeszcze moment i zwariuje bez papierosów, na domiar złego dopadł go dziwny niepokój. Coś się kroiło i nie do końca chciał wiedzieć co. 

- Jak uważasz? - Japończyk starał się ukryć przed Markiem to jak bardzo jest zaniepokojony. Co rusz zerkał na towarzysza, który siedział w fotelu jak na szpilkach i klął pod nosem. Jak mu się chciało jarać to zawsze robił się cholernie nerwowy. - Wyjdź i zapal, bo mi tu zwariujesz. Tylko niech ten zasrany dym nie leci w moją stronę. 

- Nie mam już swoich fajek, a głupio mi ciągnąć od Winniego, chyba muszę się obyć bez tej drobnej przyjemności. - Opanowanie drżenia rąk nie było dla Marka łatwe. Od tego się zaczynało, a potem robiło się zupełnie nieznośnie. Gdyby miał pod ręką naczynia zaczął by nimi rzucać. 

- Jak tam twój związek? Maggie nadal cię kocha? - Dzika ciekawość mało nie pożarła Kurosawy żywcem. Ta cała Maggie sprawiała wrażenie twardej sztuki, a tak łatwo przepadła na punkcie Walkera. To wydawało się niemożliwe. Z nim chyba nie mogło być łatwo żyć, a mimo to baby lgnęły do tego faceta. 

- Wysiadam - oświadczył Kanadyjczyk, a następnie wypiął pas do końca. Uśmiechnął się do przedniej szyby. 

- Zwijasz się, bo zapytałem o twój związek? Nie wygłupiaj się nawet. - Kaze posłał Markowi szelmowski uśmiech. - Walker... wiesz że mnie możesz powiedzieć. 

- Wcale nie - zaprzeczył rozdrażniony Walker i spiorunował przyjaciela morderczym spojrzeniem.  Otworzył drzwi i wysiadł. - Chce zobaczyć co tam się stało. Zostań tu lepiej do mojego powrotu... A tak na marginesie. W moim związku wszystko gra, jeśli musisz wiedzieć. Jest fantastycznie. Uwielbiamy się. - Zatrzasnął drzwi i ruszył w stronę Subaru. Ciekawe jak tam ta jego zazdrośnica... Midori zdaję się Niebawem przyleci z Kioto i będzie mu truła tyłek. Zobaczymy. 

- Coś nas przyblokowało dlatego stanęliśmy - oznajmił Winnie, gdy zobaczył zbliżającego się Walkera. - Jamie sprawdza opony. 

- Czyli nic wam nie przebiegło drogi? - spytał Mark i też się rozglądnął - bardzo dokładnie. - Jakieś stado dzików czy innych rogatych stworzeń. Podwozie okej? 

- Chcesz szluga? - Winnie podsunął kumplowi paczkę papierosów pod nos. - Świezutkie, dopiero otwarte. Nie oprzesz się. 

- Wyglądam jakbym bardzo potrzebował papierosa? - spytał Walker biorąc szluga do ręki. - Niech ci Bóg w dzieciach wynagrodzi.

- A bo ja nie wiem jak wygląda facet, który pilnie potrzebuje zajarać. - Podał Walkerowi zapalniczkę. Sam trzymał papierosa między zębami. Jamie może nie wiedzieć, ale ty czy ja... Palenie jest jak ten seks. Im więcej bzykasz tym gorzej jest, gdy zaczyna ci tego brakowac. Masz wrażenie, że testosteron zaraz ci rozwali wnętrze. Od tego można nawet umrzeć. 

- O seksie mi nawet nie wspominaj. Moja piękna dopiero za trzy dni wraca do domu - oświadczył Mark po tym jak się zaciągnął. Dym, który wydobywał się z jego uchylonych ust i nosa uleciał, gdzieś w siną dal. Natychmiast poczuł się lepiej, gdy mocno się zaciągnął. I znów nie było mowy o rzucaniu fajek. 

- Uuuuu, to teraz pościmy obaj. 

- Na to wygląda Winnie - przytaknął Walker. 

- Hej, gdzie ten Jamie polazl? - Winnie zaczął się rozglądać za wujem, który nagle zniknął z pola widzenia. Zaniepokoiło go to. - Znowu chce się błąkać po lesie? To nie czas ani pora. 

- Jest dziwnie spokojnie... Za spokojnie bym powiedział. To nie wróży nic dobrego. Rzadko miewam przeczucia, które się sprawdzają w porównaniu do Kazemaru, a jak już mam to robi się mało ciekawie.

- Ta noc mogła by się już skończyć.

- Skończyła się, dochodzi 5. - Mark popatrzył na tarcze zegarka na ręce 

- Wiem, już gadam bez sensu przez to wszystko. Chce szybko odzyskać Beth, a okazuje się że to niemożliwe. 

- Wszyscy chcemy. - Walker znów pociągnął szluga, długo, zapamiętale. Oparł lewe ramię o dach Subaru i patrzył rozmówcy głęboko w oczy. - Ale zrobiliśmy co mogliśmy, niestety mamy ograniczone możliwości. 

-  Jest wspaniała... Niezastąpiona. - Młody Wilson patrzył gdzieś w dal. Zaraz potem pociągnął nosem. - Sprawia, że czujemy się szczęśliwi... Od śmierci Marcusa tak nie było. Tak wiele jeszcze mogliśmy zrobić, pojechać na koniec Kanady... 

- Jeszcze zrobicie. Ja wierzę, że ona przetrwa wszystko. 

- Bardzo chce żebyś miał rację Walker. - Winnie potarł palcami podbródek ozdobiony krótką elegancka bródką. Wąsik nad nosem też był skromny. Oczy mu błyszczały od łez. 

- Strzały... znowu ktoś strzela. Szlag! 

- Jak to znowu? - dziwił się młody Wilson. 

- Cholera! - wrzasnął Jamie biegnący skrajem drogi i nagle padł na ziemię trzy metry przed Subaru. - Oberwałem... Dwa razy... Aaaaaaa! 

- Co, do kurwy nędzy? Kto strzela? - oszołomiony Winnie podbiegł w stronę Jamiego, który leżał na środku drogi i krwawił. 

- Ktoś był za drzewami. Słyszałem głosy... To na pewno ktoś od Cho. - Jamie nerwowo się rozglądał. Ból zaczynał tępić jego zmysły. 

- Musimy cię zabrać na skraj drogi zanim cię ktoś rozjedzie - odezwał się do wuja Winnie. -  Ilu ich może być Jamie? Dwóch, trzech? Widziałeś? 

- Zostaw, sam się przeczołgam - wysapał Jamie i zaczął się przesuwać do przodu choć każdy ruch powodował okropny ból. 

- Nikogo nie widzę kurna! - Mark wyrzucił papierosa, sięgnął po swoją broń i chwilę celowal w pustą przestrzeń. - Może już zwiali. - Będę Was osłaniał. 

- Ty też  na siebie uważaj. Mogą cię łatwo trafić - mówił do Walkera Winnie patrząc ze zgrozą na ranę swojego bliskiego. 

- Co się tu odpierdala? - Mark trzęsącą się dłonią celował w drzewa po drugiej stronie szosy. - Wyłazić podłe skurwysyny, pokażcie się! Pozabijam was. - Wystrzelił dwa razy. - Jazda wyłazić stamtąd. Umiecie tylko strzelać z ukrycia? 

- Mark, schowaj się za samochodem! - krzyczał Winnie. Bał się, że Walker będzie kolejnym którego będą musieli ratować. Powinien być ostrożniejszy. 

- Jamie trzymaj się, wyjdziesz z tego - mówił  Kaze, który już klęczał przy poważnie rannym Wilsonie. Wyskoczył z auta kiedy zobaczył co się dzieje. Wyraźnie słyszał strzały, które padły i trafiły Jamiego. Miał nadzieję zatamować krwotok  swoją starą białą koszulą, na szczęście była czysta. Zostawił ją kiedyś w samochodzie, nie sądził, że któregoś dnia tak pomoże. 

- Co tu robisz Kaze? Wracaj do tego cholernego  samochodu! - darł się do Japończyka przerażony Walker. - Chcesz zginąć? 

- Jak będą chcieli to mnie zabiją wszędzie - odpowiedział niewzruszony Kaze. - Nawet w tym zasranym samochodzie. Chce mu pomóc. 

- Gdzie moja broń? - denerwował się Jamie. - Chyba ją upuściłem

- Ani mi się waż oberwać Kaze! - ostrzegł kumpla znerwicowany Walker. Coraz bardziej wkurzały go te trzęsące się dłonie. Mało nie upuścił swojego gnata. Matko, jakie to było wkurwiajace. - Mam ją Jamie. 

- Osłaniaj nas, ja nie mogę teraz puścić ręki, bo się wykrwawi - rzucił do przyjaciela Japończyk. 

- Może się będziemy zmieniać Kaze - zaproponował młody Wilson. 

- Chłopaki... powiedzcie jej, że... była dla mnie najważniejsza - majaczył obolały Jamie. - Walker zatrzymaj moją broń. 

- Nie mogę. 

- Sam jej to kurwa powiesz! -  Winnie płakał patrząc na rannego wuja. Sytuacja w jakiej się znaleźli była gorzej niż tragiczna. Dawno nie byli w tak beznadziejnej sytuacji. - Nie waż mi się odchodzić. Myśl o niej. 

- Nie zdążę dojechać szpitala, nie ma szans. Nie narażajcie się dla mnie. Spadajcie stąd zanim ktoś was zabije... Jesteście młodzi, szkoda was. 

- I co, wyparowali kurwa?! Zrobili swoje i ulotnili się!  - Walker prawie wychodził z siebie. - To na pewno sprawka Cho. Napuścił na nas jakichś gnoi albo sam na nas poluje. 

- Pewnie chodziło im o mnie - powiedział cicho Jamie, a zaraz potem stracił przytomność. 

- Hej Jamie! Zostań z nami... Jamie do licha! - krzyczał Japończyk. 

- Dzwonię po pogotowie, a ty Kaze próbuj go ratować. Do skutku... Błagam. - Winnie ledwo mówił. Buzowały w nim wściekłość i strach. 

- Zrobię co się da - obiecał Kaze i przystąpił do ratowania ojca Beth. Tylko on jeden jeszcze nie wymiekl. Potrafił być twardy w takich sytuacjach. Musiał ocalić życie Wilsona. 

- Dziękuję ci. - Po tych słowach Winnie się oddalił. Musiał prędko wezwać pogotowie. Godziny życia Jamiego były policzone. 

- Jamie trzymaj się, niedługo zjawi się pomoc. - Japończyk uciskał ranę tak długo jak mógł. 

- Pierdolony Cho, dorwę cię gnoju choćby nie wiem co! Zabije cię ty obszczany skurwielu! Będziesz mnie błagał o szybką śmierć potworze! - darł się opętany złością Walker i wymachiwał dwoma pistoletami naraz - jedna była Wilsona. Wściekłość jaka go ogarnęła była okropna, wypalała go od wewnątrz. Kiedy ostatnio był tak wściekły aby pragnąć kogoś zabić? Złość, która go pożerała okazała się niesamowicie toksyczna. - Dlaczego to się dzieje kurwa! Czemu?... Aaaaaaa! - Cały drżał wewnątrz i na zewnątrz. Gotów był oszaleć z rozpaczy. 

- Mark pomóż mi, musisz uciskać te rany, bo mnie ręka zdretwiala... Mark słyszysz mnie?! Chodź tutaj szybko. - Podniósł głowę i zobaczył plecy kumpla. Wydawał się być całkowicie nieobecny. To dlatego nie reagował na wołanie. To zrozumiałe, że ledwo kontaktował. Takiego czegoś nie doświadcza się na co dzień. - Walker, potrzebuje cię. 

- Oddycha? - spytał Walker, gdy się odwrócił do przyjaciela klęczącego nad rannym. Wytarł zalaną łzami twarz i popatrzył na Wilsona. Było mu słabo kiedy widział powiększającą się plamę krwi. Rany pod brzuchem musiały być w cholerę głębokie. Na szczęście nie dostał w głowę, bo nie byłoby już kogo ratować. Groziło mu jednak wykrwawienie i wciąż nie wiedzieli, co się dzieje z Beth. To wszystko tak potwornie go przytłoczyło. 

- Tak, ale sam nie zdołam zatamować krwawienia. Na szczęście się nie zatrzymał, a jedynie go zemdlał z bólu. Puls trochę fiksuje, więc musimy być uważni. 

- Czemu akurat on tak oberwał? Co ja jej powiem jak... go stracimy? - Mark ledwo się trzymał na nogach, chwiał się jak chorągiewka. Kucnął przy rannym i przycisnął białą koszulę Kazemaru do ciała Wilsona. Materiał już zaczął przemakać. - Polubiłem tego faceta. Czemu...? 

- On przeżyje, zobaczysz - uspokajał kumpla Kurosawa, mimo, że nie  do końca w to wierzył. - Wyjdzie z tego... Tego się trzymamy i już. 

- Niby jak? !Widzisz ile krwi stracił? Mogą nie mieć tyle w szpitalu, żeby mu przetoczyć... Kaze to koniec! Tym razem się nie uda... On umrze. 

-  Uspokój się proszę cię... Nie pomagasz mi teraz.

- Jak mam się do cholery uspokoić?!  To wszystko co się dzieje to jest jakaś pierdolona farsa dzięki temu psychopacie... To mnie przerosło Kaze. 

- Walker, skup się na ratowaniu tego gościa, okej? Nie myśl o niczym innym. 

- Uciekajcie stąd, bomba zaraz wybuchnie. Jest... w moim samochodzie... Mamy dokładnie dwie minuty, żeby się oddalić - wrzeszczał do chłopaków młody Wilson. Z jego oblicza wręcz biło przerażenie. 

- Co ty pierdolisz Winnie? Jaka bomba? - Walker patrzył na młodego Wilsona przez łzy. Był na skraju wyczerpania nerwowego. Zaczął go szarpać za ubranie w przypływie gwałtownych emocji. - Jaka znowu bomba?! 

- Zwariowałeś... Jak mamy go teraz przenieść? To jest raczej niemożliwe - krzyczał bliski paniki Kurosawa. - Wykrwawi się, jeśli go ruszę. Nie mogę na to pozwolić. 

- Kaze rusz się albo wszyscy tu zginiemy!..  Zostało nam niewiele czasu. -  Słyszał oszalałe bicie swojego serca, jak dziko pulsowało. Walczył ze swoim strachem. - Kazemaru musimy. 

- Niech to szlag! - Japończyk czuł jak łzy lecą mu po policzkach. Polubił Jamiego, zdążył się z nim nawet zżyć, a teraz miał go narazić na śmierć. Zaczął się modlić o cud, choć wiedział, że najprawdopodobniej niewiele to da. Nie chciał żeby Beth straciła ojca i do końca życia żałowała, że nie mogła się z nim pożegnać. Gdy teraz patrzył na Walkera nie wierzył, że facet tak bardzo to przeżywa. Naprawdę strasznie go dotknęło to co się wydarzyło. Żaden z nich w najgorszych snach nie widział tego co ich właśnie spotkało. - Jamie trzymaj się. Beth cię potrzebuje... Walczymy dalej.

- Spierdalamy i to prędko! - wrzasnął nagle Walker świadomy uciekającego czasu. Pomógł Kaze prowadzić Jamiego. Musieli jednocześnie mocno uciskać rany, żeby ojciec Beth stracił jak najmniej krwi. - Inaczej nic z nas nie zostanie. 

- Dwadzieścia sekund chłopaki - oznajmił po jakimś czasie Winnie. Nie chciał myśleć co będzie dalej. Jeśli zostaną z nich tylko strzępy... 

- Kurwa - jęknął Mark i rzucił się na ziemię razem z Jamiem i Kazemaru. Miał nadzieję, że są wystarczająco daleko od samochodu, który za chwilę miał wybuchnąć. Nie był pewien jak to się skończy dla ich czwórki, ale starał się ochronić rannego Wilsona. Szanse na przeżycie miał niewielkie jednak zawsze jakieś. 

- Co... co się dzieje? - Słaby głos wydostał się z trzewi pół przytomnego Jamiego. - Beth... ochroncie ją... błagam. - Rzucał rękami i wierzgał. Myślał że dziewczyna jest z nimi. - Jezu Beth... nie pozwólcie żeby zginęła. 

- Jamie jej tu nie ma. Nie bój się - tłumaczył załamany Walker. Dłonie miał już całe umazane krwią tego faceta. Nigdy w całym swoim życiu nie widział tyle krwi. Miał ochotę ryczeć i rzucać się po ziemi, ale nie mógł. - Oddychaj głęboko. 

- Uciskaj rany Walker - upomniał go Kurosawa. 

- Boli mnie... strasznie boli...  Dajcie mi odejść Mark.... Proszę was. - Złapał Walkera za rękę i ścisnął. Miał nadzieję, że chłopaki go posłuchają i ustąpią. - Aaaah Boże... nie wytrzymam. - Zaczął się krztusić. Mark i Kaze popatrzyli na siebie ze zgrozą. - Opiekujcie się moją dziewczynką. 

- Ona cię potrzebuję. Wiesz o tym. Nie możesz jej tak zostawić Jamie - przekonywał Walker. Nagle wrócił do niego kłopot z oddychaniem. Nie mógł nic powiedzieć ani nawet płakać na głos. Ryczał bezgłośnie. -  Nie możesz odejść! 

- Miałeś rację. To nie... to nie były jej zwłoki... w tamtym lesie... Na pewno. Jesteś... cholernie inteligentnym i dobrym facetem. Gdyby...  Beth mogła mieć przy sobie takiego mężczyznę byłbym spokojny... Może kiedyś... się zejdziecie. - Z oczu mężczyzny znów poleciały łzy. 

- Nie mów nic, tylko oddychaj... Męczysz się. - Strapiony Walker nie wiedział co powiedzieć. Z jednej strony domyślał się, że Wilson majaczy w bólu lecz z drugiej. Było mu cholernie ciężko. Nie widział szans na to by on i Beth byli razem. 

- Chować głowy! - nakazał Winnie. - Zaraz wybuchnie. 

- Gdzie to pieprzone pogotowie? - mruczał Kaze. - Już powinni być. 














Komentarze

  1. Z każdym rozdziałem robi się coraz mroczniej, a te momenty, w których bohaterom puszczają nerwy, dodają całości dużego autentyzmu. Bardzo sugestywnie opisałaś ten deszcz i napięcie w grupie, a kontrast między brutalną rzeczywistością pod murem a rozmową Marka z Maggie wyszedł bardzo naturalnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agnieszko bardzo dziękuję za piękny merytoryczny komentarz. Widać że dokładnie czytasz i zagłębiasz się w problemy bohaterów. To bardzo miłe. Dziękuję za każdy twój komentarz. Ściskam najmocniej.

      Usuń
  2. Manejas muy bien el suspenso. Te mando un beso.

    OdpowiedzUsuń
  3. Robi się coraz ciekawiej. Muszę jednak zacząć od pierwszej części, pozdrawiam Kasiu .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Jardianie. Za rzadko ostatnio pisze. Kiedyś pisałam rozdział za rozdziałem, teraz jakoś ciężko się do tego zabrać. Nie ma warunków. Jak tam laptop? Wszystko ok?

      Usuń
    2. Kasiu, ja przez tego swojego laptopa chyba informatykiem zostanę. Nauczyłem się pewnych sztuczek, dzięki czemu szybko przywracam go do stanu używania. Leciwy jest, ma prawie 10 lat. 10 lat skończy w lutym przyszłego roku, hihi. Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  4. Warto było czekać na kolejną część - nie zawiodłam się :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Aniu. Bardzo mi miło, że czytasz z przyjemnością. Cieszę się bardzo. Miłego weekendu.

      Usuń
  5. Oj, Kasiu, stopniujesz napięcie coraz bardziej, a gdzie tu do końca?
    Koniecznie muszę kiedyś raz jeszcze przeczytać całość, bo odcinki, to nie to samo!
    Pozdrawiam wiosennie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak Asiu, to prawda że to nie to samo. Szkoda, że częściej nie publikuje, ale nie dam rady teraz bo nie ma warunków do pracy twórczej. Wiele rzeczy się zapomina między kolejnymi rozdziałami. Pozdrawiam Kochana najserdeczniej. Pociesza mnie że mimo wszystko się podoba. Bohaterom się pokomplikowalo.

      Usuń
  6. Lubię jak dużo się dzieje, ten fragment trzyma w napięciu, jest świetny.
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cudownie, cieszę się bardzo. Dzięki serdeczne za opinie i twój czas.

      Usuń
  7. Amazing imagination! Yes, so suspenseful, and such grit. All the best to the plots and much more. Keep writing!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Thank You so much Ellie for your time. See You on your blog soon. I love yours stories too. Regards from Poland

      Usuń
  8. Odpowiedzi
    1. Na zdrowie! Mam nadzieję że silne emocje towarzyszyły.

      Usuń
  9. Czesc Kasiu 😉Wow, ale się tu dzieje! 🔥 Ten rozdział naprawdę trzyma w napięciu od początku do końca – czuć tę presję czasu, chaos emocji i bezradność bohaterów. Świetnie oddane napięcie między nimi, szczególnie te kłótnie i narastająca frustracja – bardzo realistyczne 👏
    No i końcówka… totalny zwrot akcji, aż chce się od razu czytać dalej 😳 Mega mnie wciągnęło – serio, dobrze budujesz klimat i emocje! Czekam na ciąg dalszy 💥 pozdrawiam z mglistej Norwegii 😉

    OdpowiedzUsuń
  10. Widzę, że się rozkręcasz. Tym razem przeczytałam wszystko na dwie raty, ale i tak bardzo mi się podobało. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  11. Witaj już wiosennie Kasiu
    Warto było czekać. Potrafisz budować napięcie
    A w tym pierwszym zdjęciu zatopiłabym się...
    Pozdrawiam uśmiechem fiołków

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiu, dzisiaj przesyłam życzenia świąteczne. Życzę spokoju w sercu. Niech Wielkanocny czas odrodzi wszystko, co dobre i obudzi nadzieję na lepsze jutro

      Usuń
    2. Mam nadzieję, że zdrowie już dopisuje, że wróciłaś
      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
    3. Mam nadzieję, że zdrowie już dopisuje, że wróciłaś
      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
    4. A tak sobie Ci powiem Ismenko. Staram się pilnować. Dookoła pełno chorób. Biorę na odporność devicap 10 000 jednostek. Dziękuję bardzo za pamięć.

      Usuń
  12. Cześć Kasiu, ale dozujesz emocje! Jak poprzednio - świetnie się to czyta, z każdym akapitem zaciekawia się człowiek co jest dalej 👍👍

    OdpowiedzUsuń
  13. No powiem Ci bardzo szczerze, że chciałabym przeczytać całość, rozdziały dozują napięcie, a potem człowiek musi długo czekać i czekać... A tak opisywać akt seksualny, to serio, mało kto potrafi. Uściski moja droga, powodzenia, pisz i szybko publikuj ciąg dalszy.

    OdpowiedzUsuń
  14. No napięcie rośnie, ciekawa fabuła , tyle emocji. Bohaterowie mają ciekawe osobowości , niecodzienne sytuacje. Super

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję Krysiu. Cieszę się bardzo że tak to odbierasz.

      Usuń
  15. O Pani! Znowu dałaś do pieca! Te fragmenty są coraz ciekawsze i na maksa wciągające! Czekamy na więcej 😘
    Udanego tygodnia 🙂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci Moni. Bardzo mi miło. Cieszę się bardzo z twoich komentarzy. Ściskam mocno ♥️♥️♥️

      Usuń
  16. Wow, jaka akcja. Aż mi się udzieliły te emocje. Wciągnęłam się niesamowicie. Świetne, soczyste dialogi. Trup w worku, strzelanina, bomba... Biedny Jamie mam nadzieję, że z tego wyjdzie. Trzymam za niego mocno kciuki. Co dalej Kasiu? Pisz, bo nie mogę się już doczekać. Dałaś czadu, chyba dziś nie zasnę.
    Miłego, wiosennego tygodnia! Pomyślności 🙂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cudowny komentarz Lutanko dziękuję z całego sercu. Cieszę się że się emocje udzieliły. Bardzo sobie cenię Wasze opinie. Najserdeczniej pozdrawiam i życzę spokojnej Wielkanocy.

      Usuń
    2. Dziękuję Ci bardzo Kasiu. Wszyskiego najlepszego na Święta ❤️. Dobrego, wiosennego czasu 🐣🌿

      Usuń
  17. Dziś mam nieco więcej czasu, to w końcu będą miała okazję i możliwość powrotu do Twojego literackiego, twórczego dzieła. Przeczytam z miłą chęcią. Pozdrawiam i pięknego dnia życzę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się ogromnie. Czekam niecierpliwie na opinie. Dziękuję bardzo za zainteresowanie. Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  18. Kasia obrigada por compartilhar esse capítulo incrível, desejo uma ótima terça-feira bjs.

    OdpowiedzUsuń
  19. Wow, part 9 already? This series really knows how to leave a lasting impression. The depth and emotion in each installment make it unforgettable—can’t wait to see what happens next!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Thank You so much for reading and worm Words. I like to know what Reader feels while reading.

      Usuń
  20. Czytam Kasiu i mówię Ci, Ty umiesz pisać. Boziu, chciałabym, widzieć Twą książkę w księgarniach, popłakałabym się ze szczęścia. Choć i tak już jestem z Ciebie dumna. Akurat pada deszczyk u mnie i to mocno, także weszłam w świat naszych ziomków jeszcze łatwiej. ;D
    Hahaah Wystrzelić z rakiety. :D
    Scena Walkera  i Kaze, by przejść na drugą stronę...bomba, śmieszna, emocjonująca, genialna. :) 
    Zastanawiam się, Jamie nie jest pewny czyje to zwłoki, a potem normalnie gada z Walkerem...hm... Ja otworzyłabym worek, choćbym miała umrzeć zaraz, tylko po to, by wiedzieć, by walczyć dalej, albo umrzeć koło ukochanej osoby, bo skąd mam pewność, że mam dalej szukać, muszę otworzyć, by wiedzieć. No, a on idzie  i gada... coś tam knujesz z nim??? No wiadomo, że tu nie możesz odpisać, hehe Zastanawiam się skąd u nich ta pewność, że to nie jej zwłoki. Dużo się dzieje, mamy rannego, pewność, że to nie zwłoki Beth. Zastanawia mnie dużo kwestii. Ciekawy rozdział Kasiu, że hej, pozostawia z wieloma pytaniami. Zastanawiam się, czy knujesz coś, bo ta ich pewność, że to nie ona mnie zaskakuje. No nic, zobaczymy, co tam kombinujesz. Fajnie spędziłam czas. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może zaglądał, ale nie chciał powiedzieć Markowi. I tak nieźle go nastraszył w tych kniejach. Jamie jak jest zdenerwowany to dużo gada. Potrzebuje gadać żeby się uspokoić. Pomyślę o tym jeszcze bo faktycznie coś zgrzyta. Mark wypieral to wiadomo, ale niepewność go zatruwa. Poza tym nie chciał się poddawać myśli że ona nie żyje. Potrzebował siły na dalszą walkę. Dziękuję Ci Aguś serdecznie.

      Usuń
    2. W sumie Mark najczęściej ufa przeczuciom. Jamie można powiedzieć, że dopuszczał myśli, że to może być naprawdę Beth. Ja to nie wiem, chyba bym to wypierała tak jak Mark i szukałabym dalej.

      Usuń
  21. Piszesz coraz odważniej i coraz głębiej, a to naprawdę wciąga:-) W tym rozdziale uderzyłaś prosto w emocje. Napięcie, bezsilność i strach czuć w każdym zdaniu. To błądzenie w deszczu i we własnych głowach, a rozpacz Jamie'ego aż boli fizycznie. Czekam na kolejną część. Aż boję się, co dalej.

    OdpowiedzUsuń
  22. No, Kasiu, jestem pełna podziwu. Potrafisz budować napięcie, a pisane przez Ciebie dialogi są doskonałe i niezmiernie naturalne. Trzeba mieć prawdziwy pisarski talent, żeby pozostawiać czytelnika w niedosycie i niecierpliwym oczekiwaniu na dalszy ciąg. Gratuluję Ci talentu i oczywiście czekam na dalszy ciąg. Mocno Cię przytulam!

    OdpowiedzUsuń
  23. Kolejny rozdział! Fantastycznie że się pojawił. Uwielbiam twoją literaturę. Zawsze się coś dzieje a każdy nowy wpis przesiąknięty jest emocjami od pierwszego słowa po ostatnie. Ja bardzo lubię takie historie. Im więcej się dzieje, im agresywniej, mocniej – tym lepiej. Każdy rozdział wtedy pozostaje w pamięci na długo. Życzę nieustającej weny i niech dobrze ci się pisze ❤️

    OdpowiedzUsuń
  24. Piękny styl, ciekawa treść! Pozazdrościć!
    Pozdrawiam Cię serdecznie )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki serdeczne Haniu. Wszystkiego dobrego Kochana ♥️♥️♥️ uściski

      Usuń
  25. Ciekawy rozdział 😊 pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki bardzo za odwiedziny. A opowiesz coś krótko o emocjach? Byłabym wdzięczna. Lubię wiedzieć co czytelnik czuje czytając te teksty.

      Usuń
  26. Odpowiedzi
    1. Dzięki bardzo Agnieszko. Mam nadzieję, że silne emocje towarzyszyły...Bo mi przy pisaniu tak. Aż mnie w fotel wciskało. Którego bohatera lubisz najbardziej?

      Usuń
  27. Jestem pod wrażeniem Twojej wyobraźni, ale co na początek przykuło mnie bez reszty , to zdjęcie - przecudnej urody i tajemnicze. Pozdarwiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki bardzo Kris. Zdjęcie akurat z internetu. Znalazłam na Pinterest.

      Usuń
  28. Fajnie, że kontynuujesz swoją historię. Masz lekkie pióro. Ten odcinek przeczytam jednak, jak trochę więcej czasu się znajdzie, bo obecnie mam bardzo dużo pracy. Mam nadzieje, że się nie pogniewasz. :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnie, poczekam cierpliwie :) Wiem że to długie. Serdecznie dziękuję za wizytę Julitko. Całuje

      Usuń
  29. Witaj Kasiu,
    Ten rozdział rzeczywiście aż kipi od emocji… i zagadek. No i jeszcze na koniec to „bombowe”zakończenie!
    Mam jednak nadzieję, że w sprawy wkrótce potoczą się w dobrym kierunku, choć po tym rodziale sytuacja wydaje się być dość zagmatwana i skomplikowana…
    Ponieważ zbliża się już czas świąteczny, życzę Ci Kasiu miłej radosnej Wielkanocy.
    Pozdrawiam serdecznie
    db

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć Deep dziękuję za rzetelny jak zawsze komentarz i wnikliwą analizę. Bardzo lubię takie komentarze bo przekazują mi Wasze emocje w trakcie czytania. Najserdeczniejsze pozdrowionka z Krakowa 😃

      Usuń
  30. Napięcie rośnie! Kolejny, świetnie napisany fragment.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za wizytę i ciepły komentarz. Ściskam mocno

      Usuń
  31. Będę podczytywać... bardzo Ci gratuluję determinacji, pióro samo nie pisze 😍

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję i cieszę się że wracasz do mnie po nowe. Ściskam mocno

      Usuń
  32. Bardzo klimatyczny i wciągający fragment, czuć napięcie i tajemnicę od pierwszych zdań. Podoba mi się sposób budowania historii i emocji bohaterów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo bardzo dziękuję za ciepłe słowa i odczuwane emocje. Cieszę się że tak to odbierasz i piszesz o swoich emocjach w czasie lektury. To dla mnie niezwykle cenne. Pozdrawiam Cię najserdeczniej.

      Usuń
  33. Kasiu
    z okazji Świąt Wielkanocnych życzę spokoju, radości i nadziei.
    Niech wiosna przyniesie optymizm, a każdy dzień będzie pełen dobra i ciepła.
    Niech zgoda i miłość będzie codziennością, a w sercach niech zagości pokój i wiara w lepsze jutro.
    Szczęśliwych i pięknych Świąt!
    Pozdrawiam serdecznie 🌷🪺🍀😘❤️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Kochana i wzajemnie ♥️ Dużo dużo zdrowia i radości z życia i samych pozytywnych dni. W wolnej chwili albo po świętach napisz mi proszę co myślisz o tym rozdziale. Będę wdzięczna. Buziaki ♥️♥️♥️

      Usuń
    2. Kasiu
      Byłam przekonana, że napisałam komentarz do tego rozdziału ale może coś kliknęłam nie tak albo przepadł po drodze. Nieważne, napisze raz jeszcze:)
      Kasiu, potrafisz dozować napięcie i wbudowujesz tak wiele różnych emocji, że czytałam szybko, żeby poznać ciąg dalszy jak najprędzej:)
      To jest ciekawe, że wchodzi się w tę historię i można się wkurzać, współczuć i szukać podpowiedzi...a nagle masz koniec i czujesz niedosyt. Czekam na kolejny rozdział, bo czyta się świetnie!!!
      Buziaki Kasiu😘❤️

      Usuń
  34. Droga Kasiu!
    Życzę Ci bardzo wesołych Świąt Wielkanocnych wypełnionych mnóstwem miłości i radości. Serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Lusiu i wzajemnie 😃. Dzięki za pamięć Kochana. A jak Ci się rozdział podobał? Napisz proszę w wolnej chwili. Pozdrawiam najserdeczniej.

      Usuń
  35. Kasieńko, Wesołych Świąt Wielkanocnych. Zdrowia , Radości i Pomyślności .
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Izuniu. Wzajemnie ♥️♥️♥️♥️ dużo zdrowia i radości na co dzień

      Usuń
  36. HAPPY EASTER! And may the spring that has arrived (here) fill our lives with colors and aromas.
    (ꈍᴗꈍ) Poetic and cinematic greetings.
    💋Kisses💋

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Thank You very much. All the best Dear Friend. Take care.

      Usuń

  37. So vividly and intensely written.

    Happy Easter!

    OdpowiedzUsuń
  38. Dear friend Kaisa,
    I hope you are feeling better and that you had a blessed Easter with your family, and that you also enjoyed the taste of the delicious chocolates. 🌹_(ヅ)_/¯¯
    Kisses!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Thank You very much Doug. I feel much better. I appreciate for care. All the best. Take care. Regards

      Usuń
  39. Kasiu przeczytałem z wielkim tchem.. w lejkowy wieczór, kiedy mogłem się skupić na czytaniu w końcu. Twoje pióro uświadamia mi że to jesteś Ty, znakomicie budujesz napięcie, piszesz jakbyś pisała samą sobą. Jak się rozmawia to czuć w tej opowieści że to Ty. Napiszę o niej tylko jedno że jest obłędna. O poszczególnych bohaterach nie będę się rozpisywał, ale dialogi są takie naturalne i autentyczne.. po prostu literacka uczta. Nie muszę dodawać już że czekam na kolejne części z rozmachem. Pozdrawiam serdecznie i ściskam z całej mocy Kasiu :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję Adasiu. Miło że tak uważasz. Jestem wdzięczna za twoją szczerą opinię. Ściskam mocno

      Usuń
  40. Jak dla mnie kolejna świetna część:) Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę Renatko i dziękuję za wizytę oraz komentarz.

      Usuń
  41. The atmosphere in this chapter is incredibly heavy you can almost feel the rain soaking through the characters' clothes as their hope starts to dampen along with them. The way you balanced the high-stakes tension of Kaze scaling that wall with the raw, emotional breakdown between Mark and Jamie in the woods was masterfully done. It’s that classic human struggle: fighting to stay logical when your heart is telling you that the worst has already happened.

    Mark’s stubborn refusal to believe the body in the bag is Beth is a very "real" reaction to trauma; sometimes, the only way to keep moving forward is to simply deny a reality that is too painful to bear. The bickering between the men, especially the "taller" comment between Kaze and Mark, adds that necessary touch of grit and brotherhood that keeps the story feeling grounded despite the darkness. You’ve left us on a serious cliffhanger the desperation is high, and the stakes for finding Ruth feel like their absolute last thread of hope.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Thank You so much Melody for visit and long and clever comment as always. I like your analyse of characters behavior very much. Its so nice to read IT. Regards from Poland

      Usuń
  42. Sporo czytania, więc wracam, dzielę sobie to opowiadanie i czytam na raty. Podoba mi się jak starannie opisujesz świat. Masz bogatą wyobraźnię. Pozdrawiam i życzę pięknej wiosny.🤗🫶

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję MaB. Ja też lubię twoje barwne opowieści i wiersze :) twój styl i wyobraźnię. Do zobaczenia u Ciebie

      Usuń
  43. Nie rozumiem dlaczego dwóch dorosłych facetów nie miało odwagi zajrzeć do worka xD
    Ale pomijając ten szczegół, bardzo fajny rozdział! Dużo się działo, nudy nie było :)
    Plus za świetną muzykę z dramy Eve :) Uwielbiam tą dramę

    PS. Też oglądałam Flower of Evil, jeden z lepszych seriali serialu kryminalnych, nie tylko koreańskich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm, muszę jeszcze przemyśleć te sprawę z workiem, ale mi się wydawało, że ludzie w takich skrajnych sytuacjach różnie reagują i nie ma znaczenia czy to faceci czy kobiety. Dzięki bardzo za odwiedziny Karolina i dobre słowo. Zaczynam myśleć o tym, co będzie dalej.
      EVE była świetna. Uwielbiam aktorkę, która gra główną rolę. Jest niezwykle wyrazista. Rewelacyjna fabuła. Trudno będzie zapomnieć tę dramę.

      Usuń
  44. Powiem Ci, że chociaż najczęściej sięgam po lekkie książki, to przyznaję, że masz talent do pisania! Dynamika akcji, dialogi, cała gama emocji - tu naprawdę dużo się dzieje! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo :) . Pierwszy raz coś takiego piszę i zawsze mam lęk czy podołam. Kiedyś wymyślałam lżejsze rzeczy. Dzięki za dobre słowo i odwiedziny. Gdybyś chciała od początku poczytać to jest tam na marginesie post z linkami do wcześniejszych rozdziałów. Będzie mi miło. Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia u Ciebie

      Usuń
  45. Bardzo ciekawie piszesz, tak klimatycznie :) Muszę nadrobić pozostałe części, wtedy powiem więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję :) cieszę się że Ci się spodobało. Pozdrawiam najserdeczniej i życzę miłego popołudnia.

      Usuń
  46. Kasiu, nareszcie mogę się odezwać, dziecko mi naprawiło "coś" co nie pozwalało na bloggerze komentować. Wspaniały rozdział, ile emocji, napięcie rośnie i trzyma uwagę czytelnika, czeka się niecierpliwie na ciąg dalszy.
    Buziaki kochana 😘❤️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę Aniu że wszystko już jest okej. Fajnie że dziecko pomogło. Ja to się słabo znam na tych usterkach. Pozdrawiam najserdeczniej Kochana

      Usuń
  47. No, to się robi totalny chaos — wszystko naraz: emocje, strzały, pościg, ratowanie życia i jeszcze bomba na końcu. Momentami aż trudno złapać oddech jako czytelnik.

    Najmocniej wybija się ten ciągły stan paniki i rozpad kontroli nad sytuacją, ale przez to historia traci trochę czytelność — bo napięcie jest wysokie, tylko momentami wszystko się zlewa w jeden wielki krzyk. Dobrze działa dramat Jamiego i ten motyw niepewności co do Beth, bo to trzyma w napięciu, ale przy takiej intensywności warto by czasem dać czytelnikowi sekundę na złapanie orientacji.

    Ogólnie: bardzo intensywne, emocjonalne, ale miejscami aż za bardzo „na raz”.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Andrzeju, dziękuję za kulturalną i konstruktywną krytykę, doceniam bo nie każdego na to stać w dzisiejszych czasach. Może masz rację że zbyt wiele tej intensywności w tym rozdziale. Nie wyważyłam tego jak należy. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że pierwszy raz piszę takie mocne sceny. Mam nadzieję, że z czasem będzie lepiej. Kolejny rozdział na pewno będzie odrobinę spokojniejszy. Będzie można złapać oddech. Dziękuję za wizytę i czas na lekturę. Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  48. No, ba! Nie wiem, o co chodzi. Dla mnie literatura to jednak na papierze ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też wolę czytać na papierze. Może kiedyś będę mogła sobie pozwolić żeby coś wydać w wersji papierowej. Dziękuję za odwiedziny.

      Usuń
    2. Podziwiam Twoją żmudną pracę nad kolejnymi odcinkami. To jednak wymaga samozaparcia i cierpliwości. Co innego, gdy jakiś pisarz tworzy książkę mając umowę z wydawcą, że to się ukaże w druku, a co innego tak pisać z odcinka na odcinek. Kiedyś wielkie powieści ukazywały się w prasie w odcinkach, tak publikowali Sienkiewicz, Orzeszkowa, Prus. Dzisiaj prasę zastępuje Internet.

      Usuń
    3. Dziękuję, kiedyś może coś wydam własnym sumptem jak będą fundusze. Muszę też mieć czas na pisanie regularne. Póki co ciężko z tym, a jeszcze kręgosłup dokucza. Mam nadzieję, że kiedyś się uda. Pozdrawiam serdecznie miłego dnia

      Usuń
  49. Trzeba było poczekać na nowy rozdział, ale za to, jaki jest mocny. Ile emocji i akcji, zwłaszcza na sam koniec i oczywiście nas z tym zostawiasz :p.
    Kurcze aż przeżywałam, no zajrzyjcie do tego wora, będzie Wam łatwiej, ale czy sama bym zajrzała... W ogóle odważni są Twoi bohaterowie i tacy pełni uczuć, choć przekomarzać też się potrafią, ale to fajnie momentami rozluźnia atmosferę. Dobra Kochana dawaj dalej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. He he ja bym nie zajrzała. Zawsze mnie przerażają te worki na zwłoki. Mark i Jamie nie chcieli zabić ostatniej nadziei, choć myślę że Jamie zajrzał, gdy był sam, ale nie chciał tego powiedzieć Markowi... Cieszę się, że wyszedł mocny. Miło, że się podobał. Pozdrawiam serdecznie Kochana 😀 A jak twoje pisanie.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty