Z cyklu : Nie zapomnisz mnie nawet po śmierci - część 8

  Rozdział 8 

Chociaż cień nadziei



 

W obszernym lokalu było tłoczno, a światła dosłownie waliły po oczach. Dziko niebieskie i zielone refleksy momentami oślepiały, zwłaszcza gdy patrzyłeś w górę. Rzucały się na ściany i  odbijały się w wielkich prostokątnych lustrach, które na nich wisiały. Nie mniej dokuczliwe były towarzyszące im lasery w odblaskowych kolorach - można było oszaleć. Przy barze i na parkiecie brakowało już wolnych miejsc.  Goście w klubie byli przeważnie Azjatami i to dość bogatymi, nie jakimiś przypadkowymi osobami z ulicy. Tutaj nie zapraszano byle kogo, zdecydowanie nie. Trzeba było naprawdę dobrze wyglądać, a oprócz tego posiadać jakąś specjalną kartę członkowską - tamtego wieczoru akurat tego nie sprawdzano, więc mieli cholerne szczęście. To był jeden z najbardziej ekskluzywnych klubów nocnych w Vancouver. Właściciele wpakowali w to miejsce kupę szmalu, co oczywiście rzucało się w oczy na każdym kroku. Bar, przy którym wydawano alkohol gościom był totalnie wywalony w kosmos, a ceny drinków roznoszonych przez skąpo ubrane panienki całkowicie oszałamiały nowych klientów. Pieprzony Cho musiał wszystkim pokazać, że ma kasę i władzę niewiele mniejszą od samego prezydenta. Zdarzało się, że  odwiedzał go nawet burmistrz miasta i przepuszczał kasę grając w pokera albo w ruletkę zasilając w ten sposób interes chińskiego gangstera. W strefie Chinatown nie było takich klubów nocnych. Cho i jego wspólnik, stary Deng byli ponad to. Trzymali się od tamtej części miasta z daleka jakby wizyta tam groziła zarażeniem się Dżumą lub inną zarazą. Gardzili biedotą, choć sami też kiedyś byli biedni. Zapomnieli skąd się tu wzięli, kiedy dorobili się fortuny robiąc ciemne interesy. Zdarzało się, że zabijali żebraków, którzy ośmielili się kręcić koło budynku w poszukiwaniu pożywienia. Dopuszczali się wielu łajdackich czynów i wiele z tego uchodziło im na sucho, bo przedstawiciele prawa zbyt często przymykali na to oko, a poza tym mieli też w policji swoich ludzi. 

- Trochę tu kurna dziko - zauważył Winnie przedzierający się przez tłum młodych ludzi o skośnych oczach. Szedł jako pierwszy, a za nim Mark Kaze i Jamie na końcu. 

- To miejsce bardziej przypomina burdel niż klub nocny - skwitował Mark półgłosem przyglądając się jakiejś parce wciśniętej w kąt za fotelem. Całowali się i jednocześnie gwałtownie przy tym wierzgali, co trochę przypominało seks. Walker odwiedził masę podobnych klubów odkąd zamieszkał w Vancouver, a ten był beznadziejny na maksa. Nie mógł pojąć jak ktoś mógł uznać ten przybytek za jeden z najlepszych klubów w tej metropolii. - Patrz na tych gówniarzy. Tak się czymś naćpali, że wydaje im się, że są tu sami. Normalnie sodoma i gomora. - Miał ochotę czymś w nich rzucić i przerwać im tę sielankę. 

- Może to dwa w jednym - rzucił do Marka Jamie wpatrzony w hindusa zaciągającego się dość pokaźnym skrętem tkwiącym w jego gębie. - Ja cię nie mogę... tu się aż roi od prochów najróżniejszego kalibru. Beznadzieja. 

- Jeśli o mnie chodzi, to najgorsze są te pieprzone lasery. Doprowadzają mnie do szału - narzekał zirytowany Kazemaru. Nie był do przyzwyczajony do czegoś takiego, ponieważ raczej nie bywał w klubach nocnych, absolutnie go nie ciągnęło do podobnych miejsc. Cały czas przymykał oczy, żeby nie podrażniały ich światła oraz promienie laserowe. - Zdecydowanie przesadzili z tym dziadostwem.

- Zgadzam się z tym- przytaknął Winnie, który rozglądał się po sali w nadziei, że w końcu wypatrzy w tłumie tego gnoja Cho. Uważnie obserwował ludzi, którzy podchodzili do baru albo przechodzili do drugiego pomieszczenia. Nikt nie przypominał mu właściciela klubu. - Zdecydowana przesada. Bywałem w różnych klubach nocnych i nigdzie nie mieli takich wściekłych świateł jak tutaj. 

- Walą po oczach jak kurwa nie wiem co - powiedział Kaze i spojrzał w stronę gdzie było akurat ciemno. - W dodatku ten dziki hałas... Można tu zwariować. 

- Dać ci moje okulary? - spytał Mark idący tuż obok niego. Szybko sięgnął do kieszeni po swoje okulary przeciwsłoneczne i wręczył je Japończykowi zanim ten zdążył odpowiedzieć. - Weź je, zaraz poczujesz się lepiej. 

Arigatou gozaimashita  - odparł po japońsku Kaze i pochylił głowę w geście dodatkowego podziękowania. Gdyby nie to, że Walker pożyczył mu okulary to pewnie by zaraz stamtąd uciekł. Nie wytrzymałby tam nawet dziesięciu minut. 

- Szkoda, że nie wziąłem swoich - mruknął Winnie. On też nie znosił laserów i tym podobnych wynalazków. Totalne gówno. - Też by mi się przydały.  

- Chcesz moje? - rzucił do siostrzeńca Jamie. Kiedy Winnie pokiwał głową na tak wuj sięgnął po okulary tkwiące w wewnętrznej kieszeni jego córki. 

- Może poczęstujecie się malibu panowie - odezwała się atrakcyjna Azjatka w srebrnym bikini, która nagle pojawiła się znikąd. Jej makijaż można było nazwać mocno ekstrawaganckim. Angielski miała nienaganny tak jak figurę i dłonie ozdobione długimi tipsami. -  Oczywiście na koszt firmy.

- O chętnie, dziękuję - odpowiedział Mark i wziął z tacy pełny kieliszek, a potem posłał uroczej kelnerce rozbrajający uśmiech. Odpowiedziała flirciarskim mrugnięciem oka. Jamie i jego siostrzeniec poszli w ślady Marka i też wzięli po jednym drinku, tylko Kaze nie sprawiał wrażenia zainteresowanego. 

- A pan? - zwróciła się do Kazemaru gdy jego koledzy podziękowali. Chciała mieć pewność, że na pewno nie będzie pił. - Proszę sobie nie żałować. 

- Może najpierw wyłączcie te gówniane lasery - rzucił do kelnerki wkurzony Japończyk. Jego spojrzenie było lodowate i budziło niepokój. - A jak nie to zaraz po wyjściu z tego przybytku wysmaruje wam taką opinię, że się nie podniesiecie...  To jakaś kompletna tandeta. 

- Słucham? - Azjatka z trudem zbierała szczękę z podłogi. - Jeśli pan nie lubi takich klimatów to co pan tu robi... do cholery? Zawsze może pan iść z dziećmi do bawialni. 

- O jasna cholera, Kazemaru! - Rozbawiony Walker miał ochotę śmiać się na głos i gwizdać, ale powstrzymał się. Wolał nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Posłał kobiecie uwodzicielskie spojrzenie, żeby zatrzeć nieciekawe wrażenie, które zrobił na niej foch Japończyka, ale ona to zignorowała. - Weź trochę wyluzuj, bo jeszcze nas stąd wywalą zanim zdołamy cokolwiek zadziałać... Błagam. 

- Wyłączcie zaraz te cholerne lasery - marudził na głos zirytowany Kurosawa. - To jest nie do zniesienia. 

- Kaze mówię do ciebie! - krzyknął Mark. Wkurzył się, że kumpel go nie słucha. - Luzik człowieku. 

- Ale proszę... pana, to... - Osłupiała kelnerka nie wiedziała, co powiedzieć. Wpatrywała się w Kaze jak głupia i próbowała zrozumieć czemu zachowuje się jak skończony dzikus. - Nikomu poza panem to nie przeszkadza, więc proszę spokojnie usiąść albo opuścić lokal. 

- Tak? - Kazemaru złożył ramiona na piersi. - To może ja poszukam kierownika i sam to z nim załatwię. Którędy do biura? Powie mi pani? 

- Ja pieprzę... - mruczał zakłopotany Jamie Wilson. Zauważył, że kilka osób bacznie im się przyglądało. Wydawali się zaciekawieni zaistniałą sytuacją.  Na moment spojrzenie Wilsona spotkało się ze spojrzeniem Walkera, który lekko pokręcił głową. Żadne z nich nie spodziewało się czegoś takiego ze strony Kaze. 

- Szefa chwilowo nie ma - oznajmiła kelnerka z zaciętym wyrazem twarzy. - Może się pan wpisać do księgi zażaleń jeśli coś panu nie pasuje. 

- O rany, jaka szkoda. Chętnie bym z nim pogawędził przy szampanie o tych zasranych laserach. - Mina Kazemaru zdradzała udawane rozżalenie. - Kurna zaraz się porzygam. 

- Nie wierzę, normalnie nie wierzę. - Mark nerwowo parskał dalej, choć niezbyt głośno. Sytuacja nagle stała się groteskowa. Wręcz zajebiście groteskowa. Niezupełnie rozumiał po co Kaze wyskoczył do tej kelnerki o te lasery. Mógł to potem wygarnąć Cho. - Co on kurna wyprawia? Ja pier... -  Złapał się za głowę. Starał się najlepiej jak potrafił odegrać przed tą kobietą rolę zakłopotanego. Ciekawe czy mu uwierzyła. 

- Spokojnie, zaraz zapytam kogoś z obsługi czy da się coś z tym zrobić. Proszę chwilę poczekać. 

- Kolega żartuje, proszę się zbytnio tym nie przejmować i nie robić sobie kłopotu - odezwał się Jamie po czym odciągnął Kazemaru na bok. - Bardzo przepraszamy za zamieszanie. 

- Dokładnie. Nasz Japończyk zdecydowanie nie jest dzisiaj sobą. Kto wie czy coś mu zaszkodziło - powiedział Mark po tym jak zakrył kumpla plecami. Zrobił słodką minę, złożył ręce jak do modlitwy i pochylił głowę. - Gomen nasai. 

- Eeeeeej... uważaj żebym ja ci czasem czymś nie zaszkodził - mruczał po japońsku Kazemaru. 

- No dobrze... okej. - Opuściła pustą tace w dół i oddaliła się. Minę miała nie tęgą. Miała ochotę poskarżyć się na tego Japończyka ochronie, ale postanowiła, że póki co odpuści. Tamci za niego przeprosili. 

- Idziemy chłopaku. - Jamie złapał Kazemaru za rękaw kurtki i pociągnął do przodu. 

- Eeeeeej, spokojnie, powoli! - protestował Japończyk. - Mogę iść sam. 

- Co to miało być Kurosawa? Co miałeś na celu wywołując tę aferę o jakieś gówniane lasery? - spytał Mark, kiedy już przeszli do drugiego pomieszczenia. Żywo gestykulował. Był trochę wkurzony na Kazemaru za tą akcję, przez którą mogło dojść do położenia misji uratowania Beth. - Oszalałeś? Mogłeś tym spierdolić całą sprawę. Ogarnij się w końcu. 

- No właśnie - dodał zdenerwowany Jamie. Mówił to patrząc Japończykowi w oczy. - Dobrze wiesz, że nie możemy tutaj zwracać na siebie zbytecznej uwagi, a już na pewno nie w taki sposób.  Jak nas stąd teraz wywalą to mamy pozamiatane, rozumiesz? Nie możemy sobie na to pozwolić. 

- Miałem nadzieję, że laska podsunie nam informację, gdzie szukać Cho albo Denga, ale jak się okazuje nie ma tu ani jednego ani drugiego...  Jeśli się nie zjawią do godziny to nie wiem. 

- Tak czy siak prawie zawaliłeś - rzucił do niego Mark. Nadal był ożywiony. - Jeśli już chciałeś wyskoczyć do kogoś z pretensjami o tę lasery to trzeba było poczekać na spotkanie z Cho. Jemu możesz nawrzucać ile tylko chcesz. 

- To mnie by wywalili, a nie was, jeśli już coś - sprostował Kazemaru i posłał Markowi zabójczo zimne spojrzenie. Walker odpowiedział mu tym samym. - I nie drzyj się tak, bo teraz to ty zwracasz na siebie niepotrzebną uwagę. 

- Ja pierdolę. - Mark pacnął się dłonią w czoło, dwa razy i przymknął oczy. Mówił szeptem jakby tylko do siebie. - To nie ma moje nerwy. 

- Jamie... przepraszam, że przez swoją bezmyślność naraziłem naszą misję na szwank. Ogromnie przepraszam - odezwał się po chwili zakłopotany Kazemaru i zgiął się w głębszym ukłonie, który także wyrażał wielką skruchę. - Wiem, że się denerwujesz, ale póki co mamy duże szansę na złapanie tego gnoja. Musi się nam udać, nie ma opcji żeby nie. 

- Już dobrze, w porządku - zapewnił go Jamie. 







- Równie dobrze mogła kłamać mówiąc, że szefa nie ma - oznajmił nagle Winnie. Podniósł głowę i spojrzał na swoich wspólników. - Na pewno gdzieś tu jest ten cymbał. Musimy tu jeszcze trochę powęszyć. 

- Myślisz, że mógł się wmieszać w tłum? - spytał siostrzeńca Jamie. Patrzył na niego z niedowierzaniem. - Raczej wątpliwe. Pewnie teraz liczy swoją brudną plugawą kasę skurwysyn jeden. 

- Gdzieś na pewno jest, a my musimy sprytnie wyniuchać gdzie. Mam wrażenie, że jesteśmy bacznie obserwowani. 

- Jeśli nas zauważył to pewnie prędko stąd spierdolił - dodał zachmurzony Walker. 

- Miejmy nadzieję, że nie - mruczał pod nosem Winnie i gimnastykował splecione palce.

- Słuchaj Walker, gdyby Cho nas zauważył to z całą pewnością kazałby swoim przydupasom nas do siebie doprowadzić i to zaraz. Żadna teoria o rzekomej ucieczce nie wchodzi tutaj w grę, kapujesz? - kłócił się Kazemaru. 

- Oczywiście Kurosawa, przecież to jest proste jak drut - zadrwił Walker oparty plecami o ścianę. Miał wielką ochotę parsknąć śmiechem. - Nawet dzieci w przedszkolu to wiedzą.

- Wydaje mi się, że Kazemaru ma rację - zgodził się z Japończykiem Jamie. - Wątpię, żeby Cho albo Deng chcieli przed nami zwiewać. 

- Dobra Mark, zróbmy tak, że się podzielimy na dwie grupy - zaczął Winnie. - Ty i Jamie  poniuchacie na zapleczu, a ja i Kazemaru obczaimy strefę dla gości. Może mają tu jeszcze jakieś swoje tajne zakamarki. Dajcie nam znać, jeśli znajdziecie Cho pierwsi. 

- Nie ma sprawy Winnie - odpowiedział Mark i rozejrzał się ostrożnie. Miał nadzieję, że nikt nie zainteresował się tym o czym rozmawiali, w przeciwnym razie groziło im że ktoś zwietrzy postęp i podaży za nimi. W lokalu było pełno różnych typów różnej maści, mniej lub bardziej podejrzanych. 

- To chodźmy Mark, poszukamy tego ich zaplecza - powiedział Jamie zanim się rozstali z Japończykiem i jego siostrzeńcem. -  Na razie Winnie, uważajcie tam na siebie. W razie czego dzwońcie. 

- Wakarimashita.  -  Kurosawa skinął głową i ruszył za Winniem nie przestając się rozglądać. Coraz mniej mu się podobało to miejsce. Znów miał złe przeczucia i jednocześnie bardzo chciałby,  żeby nie okazały się prawdziwe. Nie znosił kiedy się sprawdzały. Dobrze, że jednak miał wakizashi przy sobie mimo, że dużo ryzykował wnosząc taki nóż do klubu. Jakim cudem ochrona ich nie sprawdziła? To dopiero było cholernie dziwne. Gdzie w tym wszystkim tkwił haczyk? W każdym innym klubie od razu by ich przeszukali i zabrali broń, a następnie  wyrzucili. 

- Mogliśmy im dać jakąś broń na wszelki wypadek - odezwał się Mark kiedy ich towarzysze zniknęli im z oczu. Trochę się martwił, że jeśli ktoś uzbrojony ich zaatakuje nie będą mogli się obronić, same pięści nie wystarczą. - Jeśli ktoś do nich wyskoczy i będzie miał broń, szybko polegną. 

- Obawiam się, że nam bardziej się przyda ta broń jeśli wreszcie znajdziemy norę tego bydlaka. - Jamie uważnie przyglądał się każdemu kto obok nich przechodził, zwłaszcza tym podejrzanym, rzucającym dziwne spojrzenia i uśmiechy. Był już przeczulony na tym punkcie, mało komu ufał. Ludzie w tym klubie nie wzbudzali zaufania. Każdy mógł się okazać niebezpieczny. To miejsce wkrótce też mogło się okazać bardzo niebezpieczne. - Czy ten korytarz kiedyś się skończy? Czuję się jakbym kluczył w jakimś pieprzonym labiryncie.

- W sumie racja, ale po cichu liczę, że Kaze jednak ma przy sobie sobą swój wakizashi. - Mark żwawo brnął do przodu w zupełnie nieznanym kierunku. Teraz było już całkiem luźno, najgorszy tłum parł w stronę baru. Jamie miał rację, też miał wrażenie jakby kluczyli w labiryncie. Na końcu piekielnie długiego korytarza był niewielki hol i prowadzące dokądś drzwi - miały żółty kolor... W zasadzie to był mocno wyblakły żółty. W holu natknęli się na dwie  wysokie blondyny obcięte na zapałkę i ubrane w czarne lateksowe kostiumy, które grzebały za czymś w swoich torebkach i nawet nie zwróciły na nich uwagi. Wyglądało jakby dopiero, co opuściły pomieszczenie kryjące się za żółtymi drzwiami. 

- Palarnia - przeczytał na głos Jamie. Dokładnie to było napisane na tabliczce zdobiącej drzwi.

- Cooooo, palarnia? A ja myślałem, że właśnie znaleźliśmy drzwi do Nibylandii. Co za rozczarowanie, kurwa. - Walker teatralnie  przewrócił oczami. 

- Niestety tylko palarnia Mark. - Gdyby sytuacja była inna, a on byłby w nieco lepszym nastroju pewnie wybuchnął by śmiechem. Walker miał cięty dowcip i od początku mu się to podobało.  On sam był kiedyś do niego podobny. - Myślę, że możemy sobie odpuścić zaglądanie tam. 

- Kibel raczej też. - Walker wskazał palcem następne drzwi z tabliczką z napisem WC, które były zaraz za zakrętem. - Raczej wątpliwe by ukryli tam Beth. 

- Zaczyna mnie już wkurzać to łażenie - fuknął rozdrażniony Wilson pięć minut później. Miał serdecznie dość tego labiryntu. Oni się kręcą po korytarzach podczas, gdy Beth może dziać się krzywda. - Ktoś sobie chyba z nas zakpił.

- Też mi się tak zdaje. Gdzie się schował ten sukinkot? - Mark złapał za klamkę kolejnych napotkanych drzwi. Otworzyły się bez najmniejszego oporu. Popatrzył na Jamiego jakby szukał u niego aprobaty, choć był gotów tam wejść bez czyjejkolwiek zgody. - To co, wchodzimy? Nie wiem co tam jest, ale trzeba węszyć gdzie się da. 

- Raz kozie śmierć kurna. Sprawdzamy. - Jamie pokiwał głową i wszedł za Markiem. Korytarz rozświetliło ostre jasne światło, gdy tylko przekroczyli jego próg.  - O w pyte, ale to światło wali w oczy. 

- Mam nadzieję, że nikt za nami nie idzie. - Mark nie przestawał się rozglądać. Nie wiedzieć czemu nagle poczuł dreszcze na całym ciele. Już dawno nie miał czegoś takiego. Z reguły niczego się nie bał. 

- Póki co to nikt. Czysto - stwierdził Jamie. Zawsze wiedział, gdy ktoś mu deptał po piętach. 

- Ciekawe co jest tam dalej, dokąd nas zaprowadzą te korytarze - mruczał Walker. Nagle poczuł wielką chęć żeby sobie zajarać. Tak okropną, że prawie go skręcało. 

- Mark, powiedz mi coś - zaczął Jamie wpatrując się w plecy Walkera. - Ale tak całkowicie szczerze. - Zatrzasnął za nimi drzwi. 

- O co chodzi? - Mark powoli się odwrócił i spojrzał na przybranego ojca Beth. 

- Czemu się tak angażujesz w poszukiwanie naszej Elizabeth?... Tylko nie zaprzeczaj. Widzę, że okropnie się przejąłeś tym zniknięciem. 

- Powiedzmy, że pokutuje za to, że nie dopilnowałem wtedy Luke' a. Po trochu to też moja wina, że tak zginął - odpowiedział Walker patrząc Jamiemu w oczy. - Beth i Ryana mogę jeszcze uratować, brata już nie. 

- Mówisz, że pokutujesz. - Patrzył na Marka współczująco. Zdążył już dostrzec, że ten chłopak wiele skrywa pod maską udawanej obojętności. Może i dobrze robił... Tak na wszelki wypadek gdyby ta skrywana wrażliwość miała go pokonać. Na pewno wiele z tego powodu wycierpiał w życiu. Tak jak z powodu śmierci brata. Mógł o tym nie mówić na głos. To było gdzieś w nim, w najgłębszych zakamarkach duszy. - Moim zdaniem nie zawiniłeś. Twój brat był dorosły, znał ryzyko i nie potrzebował niańki. Nie da się zapobiec wszystkim nieszczęściom świata. 

- Niby prawda - przytaknął Mark próbując oderwać myśli od przeszłości. Nie chciał teraz o tym rozmawiać, to nie był najlepszy moment na rozmowę o Luke' u. Winniemu powiedział, bo byli sami, nikt ich nie słyszał. - Ale pewnie był taki czas, że czułeś się winny, że nie mogłeś nic zrobić w sprawie Ryana. 

- Tak, owszem. - Jamie kiwał głową. Nie musiał dodawać, że nadal się obwinia bo Mark na pewno się domyślił. Gdyby wtedy po niego przyjechał na trening chłopak wróciłby do domu. Nie mógł sobie tego darować. 

- Tak pomyślałem, że... - Mark zamyślił się i podrapał po głowie, a potem kontynuował. - Można by jeszcze popytać jego kolegów od kosza czy wtedy nie widzieli jak zniknął. Może widzieli kogoś podejrzanego w pobliżu miejsca zniknięcia. 

- Pytaliśmy. Nikt nic nie widział... Ani nikogo. 

- Daj nam namiary na tych kumpli to ich trochę przyciśniemy z Kurosawą. Gwarantuję, że zaraz sobie przypomną i wszystko wyśpiewają. Powaga stary... 

- Uwaga strome schody przed nami - ostrzegł towarzysza Jamie, który pierwszy je zauważył. - W dodatku kręte. Musimy być ostrożni. 

- Dokąd ta droga ma nas zaprowadzić? - Mark odwrócił się twarzą do schodów i spojrzał w dół. - Jeszcze nie ma światła... Cholera jego mać! 

- Znów brak światła? To chyba jakieś żarty. 

- Nie wiem jak ciebie, ale mnie to zaczyna już wpierdalać. To miejsce w szczególności. Co to ma być? Jak wreszcie dorwę tą gnidę to chyba go poćwiartuje... Za sam brak światła na schodach. Co za gówniany lokal. 

- Nie bardziej niż mnie. - Jamie wyjął telefon i zaczął szukać w nim latarki. Musieli jakoś dostać się na dół, a bez latarki, po ciemku ta przeprawa mogła się skończyć dla nich fatalnie. - No gdzie to do gwinta jest? - Całe dłonie mu się trzęsły co tylko utrudniało przewijanie ekranu. 

- Co tu się do kurwy nędzy odwala? Może to jakaś pułapka? - spojrzenie Marka, które wlepił w Jamiego było naznaczone obawą. Nie mógł wykluczyć, że w czeluściach tych korytarzy czeka na nich jakaś zasadzka. Nie mógł. Musieli się spodziewać najgorszego i być gotowi na wszystko. 

- Dobra mam, teraz ty wyjmuj komórkę i włącz latarkę. Jedna nie wystarczy. 

- Tak jest kapitanie. - Mark pokiwał głową i sięgnął do kieszeni w spodniach po komórkę. Szybko włączył latarkę i zaczął schodzić, bardzo ostrożnie, krok za krokiem. Za nim ruszył Jamie Wilson. 

- Ciekawe jak tam reszta naszej wspaniałej ekipy ratunkowej - odezwał się Jamie, gdy byli w połowie. 

- Wątpię by cokolwiek znaleźli w tym przeklętym kurwidołku. 

- Chyba tylko kota w worku - zadrwił wnerwiony Jamie. Przed momentem prawie się potknął i tylko cudem nie spadł z tych cholernych schodów. Teraz trzęsły mu się jeszcze nogi. Właściwie cały się trząsł wewnętrznie z nerwów. Ledwo wytrzymywał napięcie. Chciał już odnaleźć Beth i zabrać do domu. Czemu to tyle trwa do licha? 

- Jeszcze trochę i koniec tej grozy - pocieszył go Mark. Sam nie czuł się pewnie schodząc i trzymać się tylko ściany jedną dłonią, w drugiej miał komórkę. Raz spadł z takich schodów w domu wuja - jedynie cudem wyszedł z tego cały. Jeszcze oberwał po łbie za to, że myszkował po jego piwnicy. Miał wtedy siedem lat. Nie znosił takich ponurych ciemnych wilgotnych miejsc. - Mój wuj miał takie same schody w piwnicy i też było ciemno jak w dupie. Od tamtej pory mam francowatą traumę. 

- Aaaah... jaka ulga, że nie tylko ja odczuwam lęki w takich miejscach. 

- Mimo, że sprawiamy wrażenie umięśnionych łebków, którzy niczego się nie boją. - Niesamowite, co? Najlepiej w ciemności czuję się Kazemaru. 

- Dziękuję, że jesteście w tym z nami - powiedział Jamie kilka minut później. 

- A gdzie mielibyśmy być? - Mark przeczesał palcami włosy i zrobił smutną minę. - Jamie... 

- Gdziekolwiek... W końcu też macie swoje życie. Twoja dziewczyna pewnie się teraz zastanawia dlaczego cię nie ma w domu... Na pewno będzie zła jeśli do rana nie wrócisz. 

- Daj spokój, najwyżej mnie trochę opierdoli, a potem zmięknie i zaciągnie do wyra... Albo ja ją. 

- A jeśli coś wam się stanie? Coś poważnego. Nie chcę mieć was na sumieniu. Jesteście jeszcze dość młodzi. 

- Liczymy się z ryzykiem Jamie - zapewnił go Mark. - Poza tym musimy się w końcu rozprawić z Cho i myślę, że to najlepsza okazja. Lepszej może już nie być. 

- To też prawda - zgodził się zasępiony Wilson. 

- Na pomoc Lucy też możecie liczyć. 

- Wiem Mark, dzwoniła do mnie w drodze. Od razu zorientowała się że coś u mnie nie gra. 

- Ona jeszcze nigdy nikogo nie opuściła w potrzebie - zapewniał Mark. To był powód dla którego kochał tę starszą kobietę nad życie. Nie wyobrażał sobie życia bez niej. Była tak dobra i troskliwa, szczególnie dla młodych zagubionych ludzi. Nigdy nie zapomni ile zrobiła dla niego i Luke ' a choć czasem obaj zawodzili ją na maksa. Ona nigdy nie zawiodła. 

- Ty, czekaj... Słyszysz to? - Jamie Wilson zatrzymał się i uważnie nasłuchiwał. Oświetlił latarką ściany i korytarz przed sobą.

- Co takiego? - Zdezorientowany Mark zmarszczył brwi i się rozejrzał. Czemu on nic nie słyszał? To niemożliwe. Może Wilsonowi tylko się zdawało. Może te odgłosy dochodziły z góry. 

- Jakby ktoś walił w drzwi i krzyczał - odparł półgłosem. Był całkowicie pewny, że się nie przesłyszał. - Mark to mi się nie zdaje. Słyszę kobiece głosy.... płacz... O kurna.

- Taaaaa... faktycznie. Chyba przetrzymują tu jakieś kobiety. Idziemy dalej, musimy je namierzyć. 

- Dawaj do przodu młody, szybko - ponaglił kompana Jamie. Im bliżej celu byli tym krzyki i uderzenia były głośniejsze. Towarzyszyło im żałosne zawodzenie. To tylko potwierdzało informacje które słyszeli na mieście, że Cho i jego wspólnicy przetrzymują tu kobiety ze wschodu i handlują nimi. Zwyczajne kurestwo z ich strony. 

- To tutaj. - Mark pokazał na drzwi, a potem nacisnął klamkę, ale się nie otworzyły. Musiały być zamknięte na klucz. Krzyki się nasiliły, walenie w drzwi też. - Ale nie otworzymy ich tak łatwo, wyglądają na cholernie solidne.

- Kuźwa, trzeba by podważyć czymś ten zamek. Masz przy sobie jakiś scyzoryk albo coś innego czym byśmy mogli go otworzyć? 

- Chciałbym mieć - odparł Walker i zaśmiał się przeciągle. - Niestety nie mam.  

- Szlag by to trafił, ja też nic takiego nie mam - zaklął pod nosem Jamie. Skrzyżował ramiona na piersi i pogrążył się w myślach. 

- Przydałby nam się teraz Kazemaru i jego pieprzony wakizashi. - Mówiąc to Mark wpatrywał się w stojącego obok Jamiego z zaciętym wyrazem twarzy. - Mówię poważnie. 

- Myślisz, że ma go przy sobie? Mówił, że nie. - Jamie poczuł nagły przypływ nadziei. Gotowy był wrócić tam skąd przyszli i przyrowadzić tutaj Japończyka. - Czemu miałby kłamać? 

- Jeszcze nie widziałem, żeby go gdziekolwiek zostawił. Nawet jak śpi to trzyma go przy sobie. To Wakizashi jest dla niego bardzo cenne, ponieważ dostał go od pradziadka, który nakazał mu, że ma go zawsze nosić przy sobie, a słowa przodków są dla Japończyka świętością. 

- Czekaj Mark... chyba coś mam - oznajmił, gdy tak grzebał w kieszeni kurtki. - No proszę, to spinka do włosów Beth. Dasz radę nią otworzyć te drzwi?

- No jaaaasne, daj mi to. Już otwieram. - Mark puścił mu oko i wziął od niego spinkę, a następnie schylił się i zaczął grzebać w zamku. Był już bliski otwarcia drzwi, gdy nagle usłyszał obcy twardy głos należący do kobiety. 




- Odsuńcie się od drzwi albo was zastrzelę - odezwała się nieznajoma stojąca za plecami Jamiego. Celowała do nich z niewielkiego pistoletu. Była to wysoka mulatka z ciemnymi kręconymi włosami odziana w jeansowe biodrówki i skórzaną czerwoną kurtkę, pod którą miała czarny top. - Odsunąć się powiedziałam. Obaj. Nie próbujcie sztuczek, bo zginiecie. Ręce na kark. 

- I co zabijesz nas strzelając z tego małego czegoś? - zadrwił Wilson pokazując palcem na jej broń. - Bez żartów kobieto. 

- Ręce na kark olbrzymie! - warknęła mulatka. Ten czarnoskóry cholernik sprawiał wrażenie groźnego, ale nie zamierzała mu pokazać, że się go boi. Nie ma opcji. 

- No nie mogę. - Jamie wykonał polecenie na wypadek gdyby faktycznie chciała do niego strzelić. - Ciekawe co mi się jeszcze przydarzy tej nocy? To już przechodzi wszelkie pojęcie.  

- Co do...? - zaklął zaskoczony Mark, a potem się wyprostował i spojrzał na celującą do nich babkę. Zmierzył ją wyzywającym spojrzeniem. - Co to za numery laska? Kurwa mater! 

- Coście za jedni i czemu tu myszkujecie? - spytała i zbliżyła się do Marka. Była tylko centymetr niższa od niego dzięki butom na koturnie. Wkurzyła się, że ignorował jej polecenie, więc przyłożyła pistolet do jego skroni. - Ręce na kark gnoju albo zaraz stracisz łeb! Nie zmuszaj mnie do tego. 

- Jezus Maria, ty naprawdę, jesteś jakaś pomylona czy tylko mi się wydaje - drwił z niej oburzony Walker. Nie zamierzał wykonywać żadnych jej poleceń. Jeśli myśli, że może go wystraszyć wymachując mu przed nosem tym metalowym gównem to grubo się myli. - Co ty sobie w ogóle wyobrażasz? Za kogo ty się masz szurnięta babo?

- Jeszcze jedno słowo gnojku i twój mózg będzie na wszystkich ścianach - pogroziła Markowi, a zaraz potem przejechała mu po twarzy lufą pistoletu. - Trochę szkoda rozwalać taką ładną buźkę. 

- Zabieraj ode mnie to żelastwo! - Mark był bliski odepchnięcia napastniczki. Cudem się powstrzymał. Ależ był teraz wkurwiony. Powinien był od razu wyciągnąć z kabury swojego gnata i zacząć strzelać. Po co się z nią tak pieprzył? Ale z niego idiota. Tępy kretyn z opóźnionym zapłonem. Niech to diabli wezmą! - Nie wytrzymam tutaj. Gdzie ty jesteś Kazemaru! 

- Walker, rób to co mówi to babsko albo lada moment zginiemy - polecił mu Jamie. Trochę się obawiał, że przez głupi upór Marka nie dożyją nawet rana, a wtedy los Beth będzie przesądzony. Gdyby się zdecydowała strzelić nie zdążyłby nawet wyciągnąć swojej broni. - Jeśli nas zabije to nici z ratowania Elizabeth, rozumiesz?... Błagam cię Mark, opanuj się. Jesteś zbyt inteligentny żeby tak głupio się zachowywać. 

- Trzymaj mnie Boże, bo zaraz zwariuje  i jeszcze niechcący kogoś zabije. - Powiedziawszy to Mark  splótł ręce na karku i posłał nieznajomej nienawistne spojrzenie. 

- Czego tu szukacie? Kto was tu wpuścił? Mówcie. - Teraz celowała do nich obojgu. 

- Sami się wpuściliśmy - odpyskował Walker i mrugnął okiem do Jamiego, który kręcił głową w lewo i w prawo na znak protestu. 

- Szukamy mojej córki Beth. Podejrzewamy, że porwał ją Cho i  tu ją przetrzymuje - wyjaśnił Jamie. Starał się być spokojny i opanowany na tyle ile to było możliwe. Jeśli chciał coś ugrać musiał mieć emocje pod kontrolą. Zero świrowania. Mark był zbyt narwany, a to mogło się źle skończyć. - Mam z nim drobne porachunki. 

- Co ty chrzanisz gościu? - Oburzyła się nieznajoma. - Cho od tygodnia siedzi w Hongkongu, nie mógł nikogo porwać. Chyba wam się we łbach pomieszało. 

- Mógł to zlecić staremu Dengowi - powiedział Mark. Ton jego głosu był i beznamiętny. - Jeśli dorwiemy tego bydlaka zostanie z niego tylko mokra plama, kapujesz? 

- Nie ma go tu, tej waszej Beth też nie ma - zapewniła ich kobieta. - Za to niedługo zjawi się Durango, nowy współwłaściciel lokalu, a to bardzo niebezpieczny gość. Jeśli nie chcecie mu się narazić to spadajcie stąd w podskokach. Macie na to pół godziny. 





- Kogo tu do cholery przetrzymujecie? - spytał lekko zirytowany Jamie. - Słyszeliśmy krzyki, płacz i walenie w drzwi. Podobno Deng handluje kobietami z Chin i Korei, sprzedaje je do burdelu. 

- Nie wasza zasrana sprawa - warczała kobieta. Spojrzenie jej brązowych oczu dosłownie iskrzyło się ze złości. - Nikomu nie wolno tu wchodzić i otwierać tych drzwi. Jeśli zaraz stąd nie wyjdziecie... zginiecie na bank z ręki Durango. 

- Czy ty w ogóle wiesz co robisz kobieto? - wybuchnął Walker. - Jak możesz pracować dla tych bandziorów? To są skończone bydlaki i być może ciebie też tak kiedyś potraktują. Myślisz, że wiecznie będziesz miała szczęście? Na pewno nie przy nich. 

- Nie wkurzaj mnie durnym gadaniem pięknisiu - zwróciła się do Marka. - Wolałabym cię nie rozwalać na pierwszym posiedzeniu. 

- Bo co? Bo jestem na to za ładny i za seksowny? - Walker zaśmiał się nerwowo i strzelił palcami. - Strzał w dziesiątkę, kobitko? Taki właśnie jestem atrakcyjny, że nawet szkoda mnie zabijać. - Znów miał ochotę wybuchnąć śmiechem. Jego buta i arogancja musiały ją potwornie irytować. 

- Pieprzony narcyz - parsknęła i poczęstowała Marka lodowatym spojrzeniem. Tak cholernie ciężko przychodziło jej się opierać temu zarozumialcowi. Miał w sobie dziwny magnes, chociaż jego wulgarność, narcyzm i sarkazm mocno działały jej na nerwy. Nie wiedziała też czego się może po takim typie spodziewać. Jego kumpel też mógł się okazać świrem. - Zupełnie nie o to mi chodzi. 

- Ty też jesteś niezła - rzucił do wkurzonej mulatki Mark. Poczęstował ją kolejnym zniewalającym spojrzeniem. Tak, miała piękne oczy w oprawie szaleńczo długich rzęs, lecz najbardziej zniewalała go tkwiąca w nich dzikość. Figurę także miała niczego sobie. 

- Wypuść te kobiety, które tam trzymacie - rozkazał Jamie kategorycznym tonem. - Jeśli to zrobisz pomożemy ci się od uwolnić od tych bandziorów... No nie daj się prosić. Za jednym zamachem możesz zrobić coś dobrego dla innych i dla siebie. 

- Skąd pomysł, że czuję się zniewolona? - Odwróciła się plecami do Marka i wbiła wzrok w Wilsona. Przewierciła go spojrzeniem na wylot, a ten nie pozostał dłużny. To był kawał faceta, przystojnego pewnego siebie. Ramiona, klata i muskuły robiły niemałe wrażenie, podobnie dostojna twarz. Kurna przez niego zupełnie straciła czujność i zapomniała o tym drugim kolesiu. Ten tylko czekał by wykorzystać okazję i odebrać jej przewagę. 

- Każdy kto pracuje dla tych sukinsynów jest poniekąd zniewolony. Wiem, co mówię - przekonywał ją Jamie. 

- Zdziwiłbyś się gdybyś wiedział jaką mam tu pozycję. Nikt mi nie zrobi krzywdy. Nie może. 

- Skoro tak... pozwól nam uwolnić te uwięzione kobiety. Durango nie musi wiedzieć, że przy tym byłaś. Sami się tu włamalismy, a ty nie byłaś niczego świadoma. 

- Są kamery. Sprawdzą i będą wiedzieć co robiłam. 

- To trzeba je zlikwidować - podpowiedział Jamie. - Na pewno dasz temu radę. Jesteś bystra i zaradna. 

- Jedyne, co mogę zrobić to dać ci namiar na kryjówkę młodego Denga... Znajdziecie ją na obrzeżach miasta. Jakaś godzina jazdy stąd. Może tam trzyma twoją córkę, ale głowy za to nie dam. 

- Jesteś pewna, że chcesz mi pomóc? 

- Eeeej co robisz?! Oddawaj moją broń! - wrzasnęła do Marka, który sprytnie odebrał jej pistolet i uwięził w objęciach swoich silnych ramion. - Puszczaj sukinsynu! 

- Jak przestaniesz mnie wyzywać od sukinsynów to może się nad tym zastanowię. - Ton Marka był szorstki a spojrzenie było niczym brzytwa. - Nie wierzgaj mi tu bo... aaaaj mój łeb, uważaj co robisz. 

- Pieprz się durniu. Masz mnie zaraz puścić i oddać mi moją broń. - Głośno dyszała i szarpała się próbując zmęczyć tego faceta, jednak na próżno. Był silny w dobrej formie. 

- Uważaj młody, bo ją uszkodzisz - przestrzegł Walkera Jamie. Coraz mniej mu się ta sytuacja podobała. Mieli coraz mniej czasu. Jeszcze trochę i wróci Durango, a wtedy może dojść do niezłej jatki. Szkoda, że nie miał kontaktu z siostrzeńcem. Tam gdzie byli brakowało zasięgu. 

- Spokojnie szefie, nie uszkodzę tylko odrobinę zmęczę - zapewnił kompana Walker.  

- Hej duży, powiedz temu idiocie żeby mi oddał broń - krzyczała kobieta. 

- Nazywam się Jamie Wilson - poprawił ją towarzysz Walkera. 

- Okej, teraz możesz uciekać, jeśli chcesz. Śmiało. Poradzimy sobie bez twojej asysty. - Mark w końcu wypuścił mulatkę z objęć. Wycofał się widząc, że ma ochotę mu dokopać. 

- Oddawaj moją broń fiucie! - awanturowała się. 

- Oddam jak pozwolisz nam uwolnić te kobiety które tam zamknęliście - rzucił do nieznajomej Walker i wycelował w nią lufę jej własnego pistoletu. - Dawaj klucze, prędko... Liczę do trzech, a potem będę strzelał. 

- Nie mam kluczy do tego pomieszczenia. Durango nosi je przy sobie - powiedziała ziejąc ze złości. Gdyby mogła zabijać spojrzeniem Mark już by nie żył. Zabiłaby go w sekundę. - A poza nic nie wiem na temat handlu kobietami z Chin, bo nie ingeruje w interesy Durango. To jego działka. Ja zajmuję się zatrudnieniem kelnerek.  

- Coooo? Liczysz, że w to uwierzę? - Walker prawie dostał ataku śmiechu. - W te bajeczki? To miejsce to istny burdel i zrobię co się da żeby przestał istnieć. Możesz to przekazać Cho kiedy wróci z Honkongu. Znam tego gnoja sto razy lepiej niż ty i nie wiem czym się zajmuje. Nie zdziwcie się jak tu jutro wpadnie zgraja psów i zgarnie tych bandytów za handel narkotykami i kobietami. Poczekaj chwilę. 

- Zastanawiam się jak wiele wiesz o swoich pracodawcach - zwrócił się do mulatki Jamie. 

Poniżej: Keita Machida jako Mito Meida, kumpel Kazemaru 






- Możesz już przestać do mnie mierzyć Walker? - warczała kobieta. Szlag ją trafiał, bo wiedziała, że ten gnojek ma rację. Doskonale wiedziała z jakimi ludźmi współpracuje. Chętnie by zastrzeliła tego Walkera, żeby więcej nie wsadzał nosa do nie swoich interesów. Szkoda, że jej pistolet nie był naładowany. Nabrała ich. Pytanie jak szybko ten oszołom się zorientuje, że w środku nie ma nabojów. 

- Momencik, sprawdzę coś. - Mark opuścił mały pistolet, zabezpieczył ładunek na wszelki wypadek i zajrzał tam gdzie powinny być naboje. Magazynek był jednak pusty. Poczuł przypływ złości. - Kurwa... wiedziałem. Mogłem się domyślić, że... nas nabiera. - Spojrzał na Wilsona. Jego twarz zdobiła kwaśna mina. 

- Chcesz... chcesz powiedzieć, że magazynek jest pusty Mark? - spytał Jamie. Nie był zaskoczony, ale nie do końca rozumiał czemu ta kobieta celowała do nich z pistoletu, który miał pusty magazynek. Z jednej strony dobrze, bo gdyby rzeczywiście chciała ich zabić to z powodzeniem by jej się udało. 

- Dokładnie Jamie. Celowała do nas z nie naładowanej broni... To się nazywa super blef, nie ma co. - Walker pokręcił głową i zaczął się śmiać. Złożył pistolet i oddał go właścicielce, a potem sięgnął po swojego colta. - Mój zawsze jest naładowany. Chcesz sprawdzić? - Nie mógł się oprzeć pokusie, żeby znów do niej wycelować i trochę postraszyć. Był zły, że robiła z nich idiotów. Na siebie też. - Dobra, idź stąd póki jestem dobry. My zamierzamy otworzyć te pieprzone drzwi i wypuścić te kobiety. Niech będzie że nic o tym nie wiedziałaś. - Schował broń z powrotem do kabury i sięgnął po spinkę Beth, którą miał w kieszeni spodni. Dobrze, że jej nie zgubił. 

- Masz Jamie, napisz do mnie na ten numer. Wyślę ci namiary na tą kryjówkę Denga. - Kobieta wręczyła Jamiemu swoją wizytówkę, na której był jej numer telefonu. Nie wiedziała czemu im pomaga. Dużo ryzykowała. Durango zabiłby ją na miejscu gdyby ją przyłapał. - Pomogłam jak mogłam, a teraz znikam. Dwieście metrów dalej jest wyjście ewakuacyjne. Ostatnie drzwi po lewej. Wyjdziecie prosto na podwórze. 

- Dzięki Phylis, dobre i to - powiedział Jamie żegnając ją. - Uważaj na siebie. Gdybyś przestała czuć się bezpiecznie w tej dziurze, odezwij się do mnie. Jestem właścicielem pubu Casablanca. Łatwo ją znajdziesz.

- Jasne, na razie... - Phylis oddaliła się. Poszła w stronę schodów. Nawet nie spojrzała na Walkera gdy odchodziła. Szkoda jej było tego Jamiego. Za wszelką cenę chciał odzyskać córkę. Miała nadzieję, że to mu się uda. W przeciwieństwie do tamtego młodzika Wilson był ułożonym opanowanym gościem. 

- Co tak na mnie patrzysz jakbym ci kogoś zabił? - zapytał Jamie, gdy kobieta całkiem zniknęła z horyzontu. - Masz mi za złe, że zaproponowałem jej pomoc? Mark, każdy popełnia większe lub mniejsze błędy, nawet ty czy ja. 

- Pomaga się tym, którzy tej pomocy chcą, a ta panienka najwyraźniej jej nie chce - skwitował Walker i wrócił do grzebania w opornym zamku. Coś było nie tak. Czemu nagle nie chciał odpuścić? Nie do wiary.  Ile jeszcze będzie musiał się z nim szarpać? Zaczynały mu puszczać nerwy. - Jakieś jaja dosłownie. 

- Coś mi się zdaje, że ona nie siedzi tu z własnej woli, ale nie przyzna tego otwarcie - kłócił się Jamie przekonany o swojej racji. - Wydaje się być odrobinę... stłamszona. Też byś był taki jak ona przebywając w takim podłym środowisku. 

- Robiłeś doktorat z psychologii stosowanej? - wypalił Mark i zaraz tego pożałował. Nie chciał być złośliwy wobec faceta, który desperacko szukał córki porwanej przez groźnych ludzi, ale ta Phylis ani trochę nie sprawiała wrażenia stłamszonej lub zastraszonej. Nie ufał jej. 

- Nie, nie robiłem, znam jednak życie dużo lepiej od ciebie Walker. Poznałem też wielu różnych ludzi i umiem poznać kiedy zwyczajnie kłamią. Kiedyś nie trzeba było mieć doktoratu z psychologii, żeby się znać na ludziach do ciężkiej cholery! Możesz to sobie wyobrazić gówniarzu? 

- Po prostu jej nie ufam... Chyba mi wolno. - Spojrzenie Walkera było pozbawione jakichkolwiek emocji. Czasem mu się udawało nie pokazywać prawdziwych emocji, chociaż do Kazemaru było mu daleko. Ten to był mistrzem w tej dziedzinie. 

- Oczywiście nie musisz jej ufać... Masz takie prawo - przyznał Jamie. Jego ton na powrót stał się łagodny. Niepotrzebnie się uniósł. 

- Pieprzony zamek nie chce się otworzyć - warczał zirytowany Mark. Chciał jak najszybciej otworzyć drzwi i uwolnić zamknięte kobiety. Wcale go nie obchodziła ta babka współpracująca z bandytami. Niech sobie Wilson robi, co uważa za słuszne. 

- Pokaż mi tę spinkę, teraz ja spróbuję powalczyć. 

- Jak nie puści możemy go przestrzelić. - Mark oddał Jamiemu spinkę Beth i odsunął się od drzwi.

- Żeby się tu zaraz wszyscy zlecieli? - odburknal oburzony Wilson. - Nie ma mowy kurwa. Nie będziemy tak ryzykować. Zapomnij. 

- Czas nam ucieka - przypomniał Mark patrząc na tarczę srebrnego zegarka na ręce. 

- Wiem cholera. - Wilson szarpał się z zamkiem bez jakichkolwiek efektów. Zaczynało go to wkurzać i to tak na fest. Tylko tracą czas w tej cholernej piwnicy, a co z Beth? Co się z nią teraz działo? Musieli prędko znaleźć tę kryjówkę młodego Denga i odbić dziewczynę. 

- Zostawimy je tu na pastwę losu? A co jeśli Beth jest w środku? Co jeśli ją też sprzedadzą jakimiś alfinsom? Pomyśl o tym. 

- Jeśli my ich nie uwolnimy zrobi to policja.

- Nie uwierzą nam Jamie. - Zdenerwowany Mark gwałtownie gestykulował. - Bez solidnych dowodów nie zrobimy nic i dobrze o tym wiesz

- Ale przecież były zgłoszenia. Muszą to sprawdzić, jeśli coś podejrzewają. Dopilnujemy tego. 

- Pozwól mi przestrzelić ten zamek - upierał się rozgorączkowany Walker. - Mam tłumik. Nie narobimy wielkiego hałasu... Musisz mi zaufać. 

- Kurwa, Mark... rób co chcesz tylko, żeby nam to nie zaszkodziło. - Odsunął się od drzwi, żeby Walker mógł zająć jego miejsce. Chciał wierzyć, że jest to słuszne posunięcie, bardzo chciał. Ten Walker wcale nie był głupi, po prostu działał po swojemu, mając na celu dobro innych. Jamie widział w tym zadziornym młodziku siebie z czasów swojej młodości, też był taki uparty, narwany i okropnie nieufny, lubił działać impulsywnie bez zastanowienia. Nie miał powodu, żeby nie szanować Marka. Chciał uratować Beth i te biedne kobiety będące przedmiotem nielegalnego handlu. Nienawidził sprawiedliwości i draństwa.  

- To nasza ostatnia szansa - mówił Mark sięgając po swoją broń. Lada moment był gotowy do strzału. Na moment opuścił głowę, zamknął oczy i wziął dwa głębokie oddechy. Denerwował się tak jak Jamie, ale musiał coś zrobić. Musiał. - No dobra, działajmy. Raz, dwa...

- Poczekaj Mark...  jeśli są przy drzwiach mogą oberwać. Trzeba je ostrzec. 

- Słusznie. - Walker pokiwał tylko głową, a następnie zwrócił się do uwięzionych kobiet. - Hej dziewczyny, jeśli mnie słyszycie, proszę abyście się na moment odsunęły od drzwi. Mam zamiar przestrzelić zamek żebyście mogły potem wyjść i nie chcę wam przy tym zrobić krzywdy. Rozumiecie mnie? Odejdźcie od drzwi. - Zapukał licząc na jakiś odzew, ale cisza się przedłużała. - Halo, jest tam ktoś? 






- Może nie rozumieją angielskiego albo są tak przerażone, że nie reagują. Kto wie. 

- Albo nikogo tam nie ma. - Mówiąc to Mark wpatrywał się w podłogę. Nie wiedział już co robić. - A my tracimy cholerny czas. Niech to szlag trafi. 

- Niemożliwe. Słyszeliśmy walenie w drzwi, krzyki i zawodzenie. Nie zdawało nam się... One muszą tam być ... Wiem, że są. 

- Dobra, strzelam... Ty też się odsuń na wszelki wypadek. Nie chcę żeby mnie potem twoi ścigali. 

- I co? - spytał półgłosem Jamie, gdy jego towarzysz już zrobił swoje. Faktycznie miał tłumik, bo jego colt nie zrobił najmniejszego hałasu. - Otworzą się? 

- Nie wiem, zaraz się przekonamy - odpowiedział półszeptem Walker. Czemu miał teraz takiego pietra? To niedorzeczne. 

- Trzęsła ci się ręka, kiedy strzelałeś Walker - zauważył śmiertelnie poważny Jamie. W sumie trudno było mu się dziwić, był zdenerwowany. Nie chciał nikogo uszkodzić. Jemu też by się trzęsły ręce w takiej sytuacji. - Ale spokojnie, to żadna ujma. Po prostu się denerwowałeś. 

- Poważnie? - Mark nie mógł uwierzyć. Zrobił minę, która wyrażała pełne zdziwienie. - Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzało. Ale tym razem... - Złapał za okrągłą klamkę i przekręcił. Drzwi się otworzyły. Bał się co zastaną, gdy wejdą do środka. To było trudne. Podejrzewał, że uwięzione kobiety nie znają angielskiego, więc go nie rozumieją. 




- Właz młody - powiedział go Jamie stojący za jego plecami. Weszli obaj do wyziębionego pomieszczenia i od razu zobaczyli na oko sześć kobiet, Azjatek. Trzy z nich leżały jak nieżywe gdzieś w kącie przykryte jakimiś szmatami, inne były nieco żywsze, ale widać było, że są niedożywione i bardzo wystraszone. - Boże jedyny, to nie do pomyślenia. Jak można być tak podłym żeby kogoś przetrzymywać w takich warunkach... Niech ja tylko dorwę tego Denga na ulicy to go żywcem wypatroszę. 

- Ja pierdolę - wyrzucił z siebie osłupiały Mark i rozejrzał się dookoła. To co zobaczył przekraczało wszelkie pojęcie. Przyłożył do czoła otwartą dłoń i wziął głęboki oddech. Znów ogarnęła go złość, wręcz wkurwienie, które targało nim na wszystkie strony. Zaczął się zastanawiać co może zrobić dla tych kobiet. Jak im pomogą, jeśli nie mogą się z nimi porozumieć? Lucy pękło by serce gdyby zobaczyła to co on teraz. Co robić? Kazemaru znał chyba trochę chiński, więc może by się z nimi dogadał. Ale przecież nie miał pewności co do tego czy to faktycznie są Chinki. Mogły być innej narodowości.  Ten padalec Deng nie miał umiaru w upadlaniu kobiet. Ścierwo! - Nie zdzierżę  tego, to straszne.

- Jak się z nimi porozumiemy? - spytał zdenerwowany Jamie. On też czuł się bezsilny. Patrzył na te kobiety i ogarniała go czarna rozpacz. - Ja nie znam chińskiego ani żadnego z tych wschodnich języków. 

- Coś musimy wymyślić skoro już tu weszliśmy. - Markowi nagle zrobiło się gorąco, musiał rozpiąć kurtkę. Dosłownie gotował się że złości, calutki, w środku i na zewnątrz. 

- Masz rację, przecież ich tu nie zostawimy. To nie wchodzi w grę. - Jamie wytarł mokre oczy wierzchem dużej dłoni. Z trudem walczył ze zbliżającym się atakiem płaczu. Jego ciocię Biali traktowali jak śmiecia tylko dlatego że była czarna, choć była bardzo dobrą kobietą. Została zamordowana przez jakiegoś wyrostka. Jamie nigdy tego nie zapomniał i nie przebaczył. 

- Dobrze, że Lucy tego nie widzi, bo... Nie zniosłaby tego widoku... Pierdolony Deng zapłaci za to. Zapłaci za wszystko. Jeśli mu się zdaje, że jest nietykalny to się grubo myli. 

- Może któraś z nich zna angielski. Choć odrobinę... To zawsze coś. 

- Czy któraś z was zna angielski? - Mark zrobił kilka kroków w stronę tamtych kobiet. Dwie z nich się wycofały. Musiały się okropnie bać. Nie wiedziały czego się po nich spodziewać. Podniósł ręce do góry by w ten sposób pokazać, że nie ma złych zamiarów. Nagle jedna z nich ta odważniejsza zbliżyła się do niego i zaczęła mówić, a on zaraz poznał, że mówi po japońsku. Odetchnął z ulgą. Przynajmniej z jedną mógł normalnie pogadać. 

- Pomożecie nam? Nie możemy tu dłużej siedzieć. Nie wytrzymamy. - Kobieta wyglądała raczej na Koreanke niż Japonkę. Była ładna, choć porządnie wychudzona i miała ślady przemocy fizycznej na ciele. Te sukinkoty musieli je fatalnie traktować. - Stale nas biją, obrażają i dotykają tam gdzie nie powinni. Siedzimy tu już dwa tygodnie. Czasem nie dostajemy nawet czystej wody do picia. Za cztery dni znów nas przeniosą. 

- Pomożemy wam, po to tu jesteśmy - odpowiedział Mark po japońsku. Trochę go zszokowało że podeszła właśnie do niego. Skąd wiedziała że akurat on zna japoński? Być może zadziałała intuicja. - Zabierzemy Was stąd w bezpieczne miejsce. Powiedz reszcie dziewczyn, że nic im już nie grozi. Czy one też znają japoński?

- Nie, nie,  dwie dziewczyny są z Chin, a reszta z Wietnamu i nie znają angielskiego. Ja jestem Koreanką, ale znam japoński dzięki starszemu bratu. Znam też chiński i trochę wietnamski. Jeden z tych facetów, którzy nas tu zamknęli zabrał moje dwie siostry i gdzieś wywiózł. 

- Walker jesteś genialny! - Jamie poklepał go po plecach. - Naprawdę wymiatasz z tym gadaniem po japońsku... Aż mnie zamurowało gościu. 

- Czy ten facet... nazywa się Cho? - spytał kobietę Mark. Wbił uważne spojrzenie i w kobietę, z którą rozmawiał. Z jej oczu i wnętrza biło ciepło oraz wdzięczność. Jakby wiedziała, że może na nim polegać. Ani trochę się go nie bała. - Spróbuj sobie przypomnieć, dobrze? Muszę wiedzieć jak się nazywają wasi prześladowcy. Wyciągniemy was z tego piekła, a potem załatwimy tych, którzy tak bardzo was skrzywdzili. 

- Nie wiem czy to ten, ale przychodzi tu gość, na którego mówią Deng. Jest bardzo okrutny. Wygląda na niewiele starszego od ciebie i mówi do nas po chińsku. Poza tym nigdy nie słyszałam o tym Cho. 

- Co się stało tamtym dziewczynom? - Mark wskazał palcem na kobiety, które cały czas leżały i sprawiały wrażenie nieżywych. Ani raz się nie poruszyły. - Czemu leżą nieruchomo? Czy one... umarły? - Bał się usłyszeć odpowiedzi. Serce waliło mi jak oszalałe. 

- Nie, spokojnie, są tylko bardzo słabe, bo Deng kazał je głodzić przez trzy dni. Mocno je pobił, kiedy napluły mu w gębę - tłumaczyła piękna Koreanka. - Stale się opieramy temu draniowi. 

- Sam bym skurwielowi napluł w tą plugawą mordę. - Te słowa Walker wypowiedział po angielsku, po czym zwrócił się do Wilsona. - Ona mówi, że to robota młodego Denga. Zabrał jej siostry i wywiózł cholera wie gdzie. 

- Tak myślałem. Drań pożałuje, że się urodził - warknął Jamie. - Dorwę go choćby nie wiem co. Teraz już jestem na sto procent pewny, że to on maczał paluchy w porwaniu Beth i to pewnie na zlecenie samego Cho. Jeśli ją tknął choćby paluszkiem to nie ręczę za siebie. 

- Dziewczyna mówi, że nigdy nie słyszała o Cho. Zawsze przychodzi tu tylko Deng. 

- Rozumiem. - Wilson kiwnął głową. Ze smutkiem spoglądał na wystraszone Azjatki. Mógłby teraz zabić każdego kto ją bił i upokarzał. 

- Skąd znasz japoński? - Koreanka znów odezwała się do Walkera. Urzekł ją ten mężczyzna. Rzadko spotykała takich dobrych i uroczych mężczyzn o jasnej karnacji, którzy w dodatku znali japoński. Musiał być niezwykle inteligentny, wrażliwości też mu nie brakowało. - Bardzo dobrze mówisz w tym języku. Jeszcze nie spotkałam Białego, który by tak doskonale mówił po japońsku. Gdyby nie to, chyba nie udałoby nam się porozumieć. Jestem Han Su - ji. 

- A ja Mark Walker. Mam przyjaciela Japończyka - wyjaśnił szybko Mark. - Jego rodzina opiekowała się mną, gdy byłem na dnie. Wiele im zawdzięczam.

- Walker powiedz jej, że musimy stąd wyjść i to jak najszybciej. Ten cały Durango zaraz może tu wpaść. Jeśli nas przyłapie nie wydostaniemy ich bezpiecznie. Szybko młody. 

- Słuchaj, musimy jak najszybciej stąd wyjść. Jeśli przyjdzie tutaj jeden z tych bandytów to nie uda nam się was uratować. Może dojść do obustronnej strzelaniny, a wtedy... wszyscy znajdziemy się w dużym niebezpieczeństwie. Musimy zmniejszyć ryzyko do minimum.

- Jasne, już im powiem. - Po tych słowach kobieta odwróciła się do swoich towarzyszek i zaczęła im wszystko tłumaczyć. Kiwały głowami i uważnie przyglądały się swoim wyznawcom. Na ich twarzy pojawiło się uczucie ulgi. - Wszystko zrozumiały i zrobią co im powiecie. Bardzo chcą stąd wyjść. 

- Jamie, weźmiemy tamte leżące dziewczyny i wyniesiemy na zewnątrz.  Inaczej nie zdołają się wydostać z tego burdelu. 

- Dobrze młody, nie ma sprawy. 

- Bardzo się boję o moje młodsze siostry. Nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek je zobaczę. Nasz starszy brat na pewno próbuje nas odnaleźć, jednak nie wie gdzie szukać. 

- Strasznie wam współczuję - powiedział Mark patrząc jej głęboko w oczy. Z jego oczu także bił dziki smutek, pociekło nawet trochę łez. - Mogę ci jedynie obiecać, że spróbuję ich poszukać. Zrobię co będę mógł. Córka tego gościa została porwana wczoraj wieczorem i jej również szukamy. Najgorsze jest to, że nie wiemy dokąd te świry ją zabrały. Błądzimy w ciemnościach. 

- Jesteś dobrym człowiekiem. Twój przyjaciel również. Dziękujemy wam z całego serca za okazywaną życzliwość i chęć pomocy. - Koreanka złożyła dłonie jak do modlitwy i pokłoniła się. - Oby ta dziewczyna szybko się znalazła. Pomodlimy się za to. 

- Będziemy wam ogromnie wdzięczni. Wielkie dzięki.

- Czasem zostaje tylko modlitwa. My modliłysmy się o pomoc i pojawiłeś się ty ze swoim przyjacielem. - Dziewczyna była bardzo wzruszona i jednocześnie szczęśliwa. Prawie łkała pomiędzy słowami, które utykały w gardle. Miała ochotę przylgnąć do tego mężczyzny i długo płakać.

- Cieszę się, że możemy wam pomóc - powiedział do Koreanki Mark. On również głęboko się ukłonił. Tego nauczył się od Kaze i jego rodziny. Okazywać szacunek tak często jak to możliwe. - Musimy szybko opuścić to miejsce. 

- Rozumiem. - Su - ji pokiwała głową. - Zbiorę dziewczyny do kupy i wychodzimy. 

- Hej, co wy tu jeszcze robicie?! - krzyknęła zaskoczona Phylis. - Durango przyjechał trzy minuty temu. Jest w klubie ze starym Dengiem. Kupiłam wam trochę czasu. Pospieszcie się do licha, inaczej wasza misja skończy się fiaskiem. 

- Widziałaś na górze Japończyka i towarzyszącego mu wysokiego ciemnoskórego faceta? Oni są z nami - zwrócił się do Phylis Wilson. - Ten wysoki to mój siostrzeniec. 

- Nie było ich w klubie, ale chyba widziałam ich na zewnątrz. Stali przy samochodach. Pewnie na was czekają - odparła Phylis. Dotknęła skroni przy prawym uchu i przyglądała się zabiedzonym Azjatkom. Dopadły ją wyrzuty sumienia, że nikomu tego nie zgłosiła. Były w okropnym stanie. Deng był potworem. - Sprawiali wrażenie zdenerwowanych. 

- Powiedz mojemu siostrzeńcowi, żeby podjechał samochodem pod to wyjście ewakuacyjne. Zaraz będziemy na zewnątrz... Mam nadzieję, że cię nie narażę. Nie wybaczyłbym sobie gdyby coś ci się stało z mojego powodu. 

- Dobrze Jamie, przekażę mu to, a wy się pośpieszcie. Te palanty w każdej chwili mogą się tu zjawić...   A i wybaczcie, że do was całowałam.

- Nie zawracaj sobie tym głowy. Liczy się to, że teraz nam pomagasz. 

- Bo bardzo chcę żeby wam się udało uratować te kobiety. Durango wpadnie w szał jak zobaczy, że Azjatki zniknęły. Ma jakieś chore układy z młodym Dengiem. 

- My też chcemy żeby wszystko dobrze się skończyło - odezwał się do niej Mark. Tym razem obdarzył ją nieco cieplejszym spojrzeniem. Może Jamie miał co do niej rację. Może też została zniewolona przez tych szurniętych bandziorów. 

- Miałeś rację Walker. Nie powinnam pracować dla kogoś takiego. Teraz jak zobaczyłam te skrzywdzone kobiety... zrozumiałam, że nie mogę trzymać się tych potworów. Nie mogę. - Phylis łamał się głos kiedy mówiła. Miała ściśnięte serce. - To podłe co im zrobili. Niewybaczalne.  Nikt normalny nie porywa kobiet i nie traktuje ich jak towar. 

- Zgadzam się - przytaknął rozgoryczony Mark. - Niewybaczalne skurwysyństwo. Nie tolerujemy czegoś takiego. 

- Będą chcieli cię zabić Phylis - oświadczył zatroskany Wilson. - Musisz zniknąć dopóki nie zrobimy z nimi porządku. To trochę potrwa, ale znam ludzi, którzy mogą dać ci azyl. 

- Wiem o tym. Oni niszczą każdego kto ich nie słucha i nie jest z nimi... Muszę lecieć, pa. - Powiedziawszy to Phylis pognała w stronę wyjścia. Bała się, że może dojść do strzelaniny. Nie chciała sobie nawet wyobrażać tego koszmaru. Mogli wszyscy zginąć. 

- Ta Phylis jest jednak w porządku - oznajmił Jamie, gdy Walker brał na ręce nieprzytomną Azjatkę. Schylił się i podniósł z ziemii tą drugą. Była półprzytomna i delikatnie zawodziła. Aż mu się serce ścisnęło. Doskonale znał smak zniewolenia. Nikt nigdy nie powinien tego doświadczać. Ktoś wreszcie powinien udowodnić winę Denga i zamknąć drania na wieki. 

- Nawet nie wiesz jak się cieszę. - Mark obdarzył Wilsona lisim uśmieszkiem. - Widocznie nigdy nie jest za późno na to żeby zmądrzeć. 

- Ale z ciebie mądrala Walker. - Jamie pokręcił głową z dezaprobatą. Mark bywał niemożliwy, ale byłby dobrą partią dla Elizabeth. Gdyby nie miał innej kobiety. Ona nigdy by się nie zainteresowała zajętym facetem. Raz spróbowała i potem długo tego żałowała. 

- Gdzie jest wyjście? - spytała Koreanka. - Mam nadzieję, że zdążymy wyjść zanim ten potwór znów tu przyjdzie. Boję się o dziewczyny. 

- Będzie dobrze, zaufaj mi Su - ji. Chodźcie za nami, wyprowadzimy was z budynku - polecił Walker i pognał do drzwi. 

Jamie ruszył za przyjacielem niosąc na rękach Chinkę, a za nim ta Koreanka z resztą dziewczyn. Szczęśliwie udało im się opuścić budynek bez jakichkolwiek przygód. Dobrze, że Phylis powiedziała im o tym wyjściu ewakuacyjnym i nie musieli iść tymi koszmarnymi schodami. Gdy wreszcie wyszli na zewnątrz odetchnęli z ulgą. Wszyscy byli bezpieczni, choć tak bardzo zmęczeni. Przed wejściem czekal samochód Winniego, Japończyk jeszcze nie dotarł. 

- Boże, wreszcie jesteśmy wolne. O matko. - Koreanka nie mogła powstrzymać wzruszenia. Porwała w objęcia stojącą obok Chinkę i wyściskała. Wszystkie były wzruszone i cieszyły się wolnością. Po raz pierwszy od dwóch tygodni nie czuły strachu, a przypływ nadziei. 

- Walker, co tu się dzieje? Co to za kobiety? - spytał zszokowany Winnie, który dopiero co wysiadł ze swojego samochodu. 

- To te które uwięził Deng. Były tutaj w piwnicy. Na pewno jest ich dużo więcej, ale ukrył je gdzie indziej. Phylis, która pracuje w tym klubie ma nam dać namiary na kryjówkę tego Denga. 

- Może właśnie tam zabrali Beth. Szczerze mówiąc łudziłem się, że będzie tutaj. 

- Nie ty jeden Winnie. - Mark posmutniał. Nie mógł zapomnieć, że córka Jamiego nadal jest w wielkim niebezpieczeństwie. - A gdzie jest Kazemaru? 

- Kazemaru? Już tu jedzie, będzie za momencik - odparł siostrzeniec Jamiego i wbił uważne spojrzenie w nieprzytomną dziewczynę która Mark trzymał na rękach. - Co z nią jest? To co poważnego? 

- Jest bardzo osłabiona. Deng kazał je głodzić. Nie dostały jeść przez trzy dni - wyjaśnił Walker. 

- A to ścierwo, ja pierdole - zaklął wzburzony Winnie. Nie mieściło mu się w głowie jak mężczyzna może być takim potworem. - Jak nic zasługuje na karę śmierci. Powinni go skazać bez cienia litości tak jak on bez skrupułów likwidował te wszystkie kobiety i świadków tych zabójstw.

- Winnie, musisz mi pomóc - odezwał się Jamie. - Otwórz tylnie drzwi samochodu, ułożymy dziewczyny na tylnim siedzeniu. Niech nie marzną na zewnątrz. Przez ten wiatr zrobiło się zimno. 

- Oczywiście, robi się - powiedział Winnie i szybko zrobił to o co go poprosił wuj. Walker też pomógł. Zatrzasnęli drzwi i czekali na Japończyka, który lada moment miał podjechać swoją Mazdą. - Mogliście do nas zadzwonić, martwiliśmy się, że was capnęli. W klubie nagle zaroiło się od nawalonych debilów, więc wyszliśmy na zewnątrz, a potem przyjechał stary Deng z jakimś drugim. Na szczęście nie zwrócili na nas uwagi. My też do was wydzwanialiśmy. 

- Gdyby tylko był zasięg to pewnie byśmy zadzwonili. - Mark spojrzał na Winniego wymownie. 

- No właśnie - poparł Marka Jamie. - Ale nie było zasięgu. Cały czas siedzieliśmy w paskudnej zapyziałej piwnicy bez światła. 

- Słuchajcie, Lucy dzwoniła, że już do nas leci. Będzie w Vancouver o siódmej rano - oświadczył młody Wilson. - Nie mogła usiedzieć na miejscu, stale myśli o Beth. 

- Jesteś wspaniały. Nie wiemy jak ci się odwdzięczymy za to co zrobiłeś - powiedziała do Walkera Koreanka. - Obojgu wam dziękujemy. 

- Nie ma za co, naprawdę. - Walker uroczo się uśmiechnął. Dopiero teraz dostrzegł jaka to piękna kobieta. Miała długie czarne włosy do pasa, które pięknie błyszczały, a oprócz tego śliczną twarz. Same rysy nie mówiąc o oczach były oszałamiające. Trudno mu było oderwać od niej spojrzenie. Cholera, gapił się na nią jak głupi. - Pomagam jak potrafię. Tego mnie nauczyła pewna mądra kobieta, która jest w połowie Chinką... A jeszcze jedno. Chciałem cię zapytać skąd wiedziałaś, że akurat ze mną możesz porozmawiać po japońsku. To mi nie daje spokoju. 

- Intuicja... Bardzo mocna intuicja. Mam to po babci i prababci - wyznała Su - ji. Chyba była dumna ze swojego daru. Był wielce przydatny. 

- Aaaaaah rozumiem. - Mark złożył ręce na piersi i przestąpił z nogi na nogę. Bardzo chciał zapalić, ale nie miał przy sobie fajek. Zostały w schowku w aucie Kaze. 

- A tobie ile zajęło nauczenie się japońskiego? - Koreanka patrzyła w Walkera jak w obrazek. Była nim zachwycona. - To bardzo trudny język, nauczenie się go zajmuje dużo czasu. Niektórym nawet kilkanaście lat. 

- Niecałe dwa lata - odpowiedział za kumpla Kazamaru i poklepał kumpla po plecach. Szeroko się uśmiechał. - To niezwykle pojętny uczeń. Nie znam nikogo innego kto by tak szybko nauczyłby się japońskiego. 

- O mamo... to naprawdę szybko. - Su -  ji była w dużym szoku. 

- Ten niezwykle pojętny uczeń ma niesamowitego nauczyciela. - Mark mrugnął uwodzicielsko do pięknej Koreanki. Nawet nie zauważył, że jest bacznie obserwowany przez Kurosawe. Ona także. - To jest cały sekret. 

- Daj już spokój z tym kadzeniem Kanadyjczyku. - Japończyk udawał zirytowanego. Nie lubił, gdy za bardzo go zachwalali, czuł się wtedy zgoła dziwnie niezręcznie. 

- Kurosawa... Schowaj już tę fałszywą skromność do kieszeni, dobrze? - rzucił do przyjaciela oburzony Walker. - Serio.

- Nie fałszywa tylko wrodzona głupku - sprostował Kazemaru. Przewrócił oczami. 

- Widzicie go? - Mark mało nie wybuchnął śmiechem, tak go rozbawił tekst Kazamaru. Potem obdarzył Kurosawe szelmowskim uśmiechem. - To się u niego nazywa wrodzona skromność, a nie fałszywa... O cholera. 

-  Mark na pewno ma rację. Gdyby nie to że tak świetnie posługuje się japońskim to chyba nie zdołalibyśmy się dogadać. Bez tego byłoby nam ciężko się porozumieć i współpracować. Gratuluję Kurosawa sensei. - Koreanka ukłoniła się i wyciągnęła rękę do Kurosawy. Byli tego samego wzrostu. 

- Oj tam, oj tam. - Lekko zawstydzony Kazemaru nisko się ukłonił, a następnie uścisnął drobną dłoń Han Su- ji. - Dziękuję bardzo. A Ciebie kto nauczył japońskiego? 

- Mój starszy brat - odparła Su- ji. Uśmiechnęła się do Kazemaru, który też okazał się nie tylko urodziwy ale i uroczy. Gdyby był taki wysoki jak ten Mark byłby jeszcze przystojniejszy, bo twarz miał bardzo dostojną. 

- No ja niestety nie władam japońskim tak jak Walker, więc też muszę mu przyznać rację - wtrącił się Jamie. - Jaki nauczyciel, taki uczeń. 

- Trzeba mu przyznać, że umie się szybko uczyć, a oprócz tego zawsze jest ogromnie zdeterminowany - chwalił Marka Kurosawa. - Tylko pozazdrościć.

- Kazemaru, masz może jeszcze kontakt z tym gościem, co pracuje w ośrodku dla uchodźców? Muszą się teraz odpowiednio zaopiekować tymi kobietami. 

- Z Mito Meidą? Tak Walker, oczywiście. Zaraz do niego zadzwonię i zapytam co może dla nas zrobić w tej sprawie. Zwykle bywa bardzo pomocny. 

- Wspaniale. Gdybyśmy jeszcze znaleźli Beth i te dwie siostry Han Jae Wona.

- Znajdziemy ją Walker. Mówię Ci. Jeszcze trochę i znajdziemy - przekonywał go Japończyk. 

- Muszę zaraz zapalić albo mnie rozniesie - zakomunikował Mark. 

- Za dużo wrażeń jak na jedną noc, co? - zwrócił się do Marka Winnie. - Ja też chętnie zajaram. Moje nerwy są dosłownie na wykończeniu. 

- Fajki są w moim samochodzie, weź sobie je - powiedział na odchodnym Kurosawa. - Idę dzwonić do Meidy, żeby tu przyjechał. 

- No dobra tylko gdzie jest ta twoja Mazda? - spytał Mark i rozglądnął się za bryką przyjaciela. Nigdzie jej nie widział. Czy ten Japończyk naprawdę robi sobie z niego jakieś jaja. - Eeeeeeej Kurosawa dokąd to?! Wracaj tu Kurosawa! Nieeeeee no. 

- Tam jest, za drzewami! - odpowiedział głośno Japończyk z oddali. 

- Kurosawa... tyyyyy! ... Porąbało cię facet czy co?! - wydzierał się zdesperowany Walker. - Ja ci dam, poczekaj... Wrócisz tu jeszcze! 

- Czekaj dam ci moje fajki. Momencik. 

- Dzięki Winnie. Niech ci Bóg w dzieciach wynagrodzi. - Mark Walker otoczył młodego Wilsona ramieniem i poklepał go po ramieniu.

- Może lepiej w szybkich, ładnych samochodach - podpowiedział Winnie i podszedł do swojego samochodu po papierosy. Chwilę mu zajęło zanim je znalazł. 

- Nie wierzę - parsknął Jamie. 

- Czy ja coś źle powiedziałem? - spytał Winnie który przyniósł Markowi fajki. Sam też sobie wziął jednego. Na szczęście nie zapomniał zapalniczki, którą nosił w kieszeni kurtki. 

- Litości. Lada moment wszyscy będziecie za starzy, żeby mieć dzieci - ostrzegł chłopaków Jamie. 

- Szczerze mówiąc... Nigdy się nie zastanawiałem czy chce być ojcem. - Powiedziawszy to Walker podpalił papierosa, którego uprzednio wsadził do ust. Następnie głęboko się zaciągnął. Nagle poczuł się o wiele lepiej. Po tym, co przeżył w tej piwnicy było mu to bardzo potrzebne. 

- A ja żałuję, że nie miałem dzieci - przyznał ze smutkiem Jamie. W końcu też zapalił papierosa. 

- Zawsze możesz być jeszcze dziadkiem. Nie załamuj się - pocieszał wuja Winnie. 

- Weź się odczep młody - ofukał siostrzeńca  Jamie.  - A tak na marginesie to kiedy pojedziemy szukać Beth... I nie, nie marudzę, po prostu nie umiem myśleć o niczym innym. 

- Jak tylko Meida zabierze dziewczyny do tego ośrodka dla uchodźców - odparł Walker. - Musimy mieć pewność, że będą bezpieczne. Potem możemy jechać dalej. 

- A jeśli już jest za późno? - Mówiąc to Jamie patrzył w ciemne niebo pozbawione gwiazd. Było tak smutne tak jak on teraz, przytłoczone. - Jeśli te sukinsyny ją już zabiły i... 

- Nie jest i nie wolno ci tak myśleć - powiedział Mark. - Jeśli tak to widzisz to jaki sens ma nasza misja? Zastanów się Jamie. To nie sensu. 

- A jak tam twoja najdroższa Mark? Wydzwania już za tobą? - spytał nagle Winnie. 

- A ty skąd wiesz, że jakąś mam? Nawet ci o niej nie wspominałem. - Walker wyciągnął komórkę żeby sprawdzić czy Maggie nie dzwoniła. W końcu tak długo nie miał zasięgu i mogła wydzwaniać w międzyczasie. Lucy też. Ale nie miał żadnych nowych wiadomości, które wymagały przeczytania. Jakim cudem Maggie się nie zainteresowała tym, że nie wrócił do domu i nadal go nie ma. 

- Ty nie, ale Kazemaru się wysypał... tak zupełnie przypadkiem. 

- Eeeeeeej ty... żebym ja ci czasem nie powiedział co można wysypać zupełnie przypadkiem. - Walker znów podniósł szluga do ust, zaciągnął się, a następnie wydmuchał dym. 

- I nie jest zazdrosna o Beth? Ani trochę? 

- Czemu miałaby być zazdrosna o Elizabeth? - spytał zdziwiony Jamie. - Co ona ma z tym wspólnego? 

- No właśnie. - Mark zmarszczył brwi. - Co ci ten Japończyk naopowiadał jak byliście sami na górze? 

- Idę spytać dziewczyn czy chcą sobie zajarać - powiedział siostrzeniec Jamiego i oddalił się. 

- Eeeeej facet, czemu się migasz od odpowiedzi! - krzyknął zdezorientowany Mark. - Hej Winnie, mówię do ciebie! 

- Miłosierny Samarytanin się znalazł - mówił Jamie patrząc na młodego Wilsona częstującego Azjatki papierosem. Tylko Su - ji odmówiła. Cały czas się patrzyła w stronę Walkera. Wyglądało na to że już za nim przepadła. 

- Myślę, że ta Koreanka się w tobie zabujała Walker i to tak na fest. 

- Coooo ty do mnie mówisz? - Walker miał wrażenie, że się przesłyszał. - Daj że spokój z takimi domysłami. 

- Mówię, że się w tobie zabujała - powtórzył Jamie. - To żadne domysły. 

- Wolałbym, żeby już nikt się we mnie nie bujał. To nikomu nie wychodzi na zdrowie... I błagam cię ani słowa Kaze, bo nie da mi żyć. 


Ciąg dalszy nastąpi. Bardzo dziękuję za odwiedziny i czas na lekturę. 









 







Komentarze

  1. Mocny odcinek, ta scena w piwnicy z Han Su-ji i pustym magazynkiem trzymała w napięciu do samego końca. Super, że Mark i Jamie mimo tarć potrafią tak sprawnie działać razem, a te japońskie wstawki dodają całości mega klimatu. Czekam na uderzenie na kryjówkę Denga.

    OdpowiedzUsuń
  2. Lo dejaste muy interesante. Te mando un beso

    OdpowiedzUsuń
  3. Wciągająco piszesz, a to ważne. Czekam na więcej i pozdrawiam .

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty